Dudnienie creepy pasta, część 1

Od autora. Osoby w opowiadaniu istnieją naprawdę, jednak ich imiona zostały zmienione.
To się zaczęło kiedy byliśmy w muzeum. Ogłuszające, dziwne dudnienie zaczęło być słyszalne, a także odczówalne. Przewodnik nic sobie z tego chyba nie robił, bo dalej oprowadzał naszą grópę po sali z zabytkowymi motocyklami. Dudnienie na chwilę znikło i myślałem, że to tylko remont. Niestety, niestety tak nie było.
Dobrze, następna część. Zaczął przewodnik, lecz wtedy to się zaczęło. Najpierw lekkie drgania. Myślałem, że to dudnienie powraca. Drżenie jednak narastało. Przeradzało się od lekkiej wibracji po trzęsienie ziemi, które zaczęło nami miotać po sali muzealnej. Eksponaty upadały z pułek i roztrzaskiwały się. Przewodnik zaczął wrzeszczeć. Nauczyciele z resztą także. Dziwne. My nie straciliśmy zimnej krwi i zaczęliśmy gorączkowo szukać wyjścia z tej sytuacji.
Kamień! Wrzasnął Janek odskakując w ostatniej chwili. Wielki kawał cegły z 1936 roku upadł prawie na jego stopę. Trzęsienie było już tak mocne, że ściany niepokojąco dygotały i sypał się z nich tynk.
Podniosłem kawałek owej cegły i dokładniej się mu przyjżałem. Teoretycznie wyglądał, jakby zniszczył się przy upadku. Jednak po chwili gdy To zobaczyłem z wrzaskiem wyrzuciłem go i odsunąłem się.
Co ci jest? Zapytał Mateusz pochylając się po kamyk.
Zostaw to! Krzyknąłem odpychając go od tej, tej, tej cegły.
Czemu? Dopytywał się dalej Mateusz znów pochylając się po odłam.
Dla tego. Powiedziałem pokazując mu czerwono szary pył, który został mi na dłoni.
Co to, chyba nie myślisz? Zapytał blednąc.
Obawiam się, że to niestety jest to, czyli, próbowałem to z siebie wyrzucić.
Albo krew, albo jakaś kosmiczna energia. Mruknął Janek podnosząc głaz i chowając go do kieszeni.
Na co ci to! Popchnął go Mikołaj. Na nieszczęście akurad wtedy dudnienie przybrało na sile. Janek upadł i upadła na niego wielka blacha od motocykla. Rozległ się ochydny trzask a potem syk. Powiało jakimś smrodem, jakby z dawno nie otwieranej piwnicy. Janek wstał i z przerażeniem patrzył pod nogi.
Jakimś códem blacha nie uderzyła w jego ciało, lecz zatrzymała się na włazie, który był wmontowany w podłogę sali. Właz właśnie został otwarty, a z jego wnętrza słychać było oczywiście po za dudnieniem syk i czuć było ten smród.
Co tam jest? Zapytał Mikołaj i wszedł w otwór.
Pięknie. Wezttchnął Krzysiek opierając się o ścianę, od której jednak od razu odskoczył gdy pułka nad jego głową odpadła z hukiem.
Nie wiedząc czemu, także wszedłem do dziury a za mną cała reszta z wyjątkiem nauczycielii i przewodnika, którzy gdzieś rzepadli.
W środku było gorąco, śmierdziało i dudniło jak w jakiejś fabryce. Grunt drgał tak, że musieliśmy wczepiać paznokcie w ściany aby nie upaźdź.
Gdzie jesteśmy. Szepnął Janek wyciągając telefon. Słaby blask ekranu oświetlił jakieś drewniane pułki, na których stały kamienne słoje zapieczętowane woskiem i z wygrawerowanymi, rosyjskimi napisami.
Maslo, syr, malako, odczytywał Karol z pokrywek.
Magazyn żywności? Zdziwiłem się i bez zastanowienia podniosłem słój z napisem "Sinij syr". Słój był lekki. Za lekki jak na kamień. Potrząsnąłem. Coś zagrzechotało.
Pokaż! Wyrwał mi z rąk Mateusz i kamykiem który znalazł na ziemi przeciął słaby wosk.
Ze środka buchnął odór pleśni. Duszący smród wciskał się nam do ust, drapał w oczy, szczypał w nos. Był naprawdę obrzydliwy. Jakby ktoś nie zpuszczał wody w toalecie przez rok, potem wyjął to, co jest w środku i wrzucił tam zgniłą kiełbasę.
UUUh! Powiedział z obrzydzeniem Mateusz wypuszczając słój. Gdy dotknął ziemi eksplodował!
Co to miało być? Zapytał kaszląc Karol patrząc na szczątki naczynia.
Wszyscy popatrzyliśmy na ziemię. Walały się po niej odłamki kamienia, metalu oraz w samym środku leżała mała paczka pokryta szlamem.
Ciekawe, co jest w tej paczce. Powiedział Mikołaj chwytając ją w dłonie.
Paży! Wrzasnął. Chciał puścić pudełko, ale to przykleiło mu się do rąk. Wrzeszczał jakby płonął, co wsumie nie było dalekie od prawdy. Wieko odpadło uwalniając dziwne, czarne płomienie które właśnie pochłaniały jego ramiona. Gdy już je zjadły przerzuciły się na resztę ciała i nie minęło 10 minut a z ciała naszego kolegi została kupka popiołu. Skrzynia także upadła, ale nadal uwalniała płomienie.
Patrzcie! Krzyknął pobladłymi z przerażenia wargami Janek. Gdy pochyliliśmy się zobaczyliśmy, że to, co zostało z Mikołaja jest po części popiołem, a po części tą czerwono szarą substancją w proszku, która była na kamieniu!
Magazyn broni. Grobowym głosem powiedziała Justyna. Magazyn rosyjskiej broni z II Wojny. To musiało być jakieś tajne laboratorium, gdzie wytwarzali broń, o której nikomu się nie śniło. Byli blizcy pokonania armii niemieckiej, ale coś im nie wyszło i wszyscy zniknęli. Mówiła dalej dziewczyna patrząc na ścianę nad pułkami.
Skąt to, zapytał Karol ale gdy popatrzył uderzył się dłonią w czoło.
Tu wszystko jest napisane, wyryte w kamieniu! Zawołali razem Karol i Justyna czytając dalej.
Gdy wszyscy, właściwie nikt nie wie co się z nimi stało zniknęli, został 1, ostatni naukowiec. Dokończył on napisy na ścianach poczym usunął przejście do tego budynku. A my, my teraz to odkryliśmy.
Popatrzyliśmy po sobie. Z jednej strony byliśmy ciekawi tego miejsca, ale z drugiej, przerażało nas ono. Budziło jakiś lęk i grozę.
Musimy iść dalej. Powiedziałem. Teraz i tak nie wyjdziemy, nie mamy niczego po czym mogli byśmy wydostać się z tąt.
Istotnie, właz został zawalony grózem z górnej sali. Był co prawda mały otwór w który zmieściła by się jedna, może dwie osoby, ale był on naprawdę wysoko.
Chcąc, ale raczej nie chcąc ruszyliśmy dalej na przód. Dudnienie wzmagało. Wszędzie sypał się tynk, słoje chybotały się na półkach.
Szybciej! Krzyczała Dorota. Musimy uciekać, bo jak to pospada to nas zabije! Wystarczy, że, że, że Mikołaj, Jej głos urwał się nagle.
Wiedziałem, o co chodzi. Mikołaj był bratem Doroty i bardziej niż kogo kolwiek załamała ją jego śmierć od tych dziwnych, rosyjskich wynalazków.
Biegliśmy i biegliśmy. Ponieszczenie ciągnęło się dla nas w nieskończoność. Coraz to nowe słoje, większe, mniejsze widzieliśmy na półkach. Kilka rozbiło się, ale były mniej szkodliwe. 1 uwolnił jakiegoś martwego, wielonogiego robala, który był do połowy rozłożony i wydzielał zapaszek, o którym lepiej nie mówić. Kolejny był bardziej groźny. Z jego szczątków wypadł mały granat, który wypuszczał chmurę gazu, który natychmiast się zapalił. Na szczęście wystarczyło zdusić ogień butem. Jednak najgorszy z tych, które się rozbiły był chyba trzydziesty z koleii. Na pozór był prawie pusty, nie licząc lnianego, gnijącego woreczka. Jednak gdy Karol wdepnął na worek ten zaczął pęcznieć gwałtownie i twardnieć jak ogrzewacz żelowy. Jednak gdy nieźle się napompował wzniósł się w powietrze na jakiś metr i eksplodował. To, co z niego wyleciało przypominało odłamki kości. Były ostre i świstały nam koło uszu. Z tródem je wyminęliśmy, 1 o mały włos nie trafił by w nogę Łukasza. Było by to groźne. Widzieliśmy jak 1 taki kawałek wbił się w słój i go przepołowił. Szczęściem owy pojemnik zawierał glutowatą substancję, która rozprzestrzeniła się gwałtownie pochłaniając większość odłamków.
Wkońcu minęliśmy strefę zagrożenia. Dudnienie oczywiście wzmagało, zaczęło robić się cieplej. Było tak gorąco, że pot dosłownie chlapał nam w butach.
To jakieś szaleństwo! Wysapał Łukasz ciężko oddychając. To pomieszczenie chyba nie ma końca! Uderzył pięścią w jakiś mały słoiczek. Ten rozbił się uwalniając małą kulkę ołowiu, która chyba była popsuta, bo rozpadła się na kawałki po upadku na kamienną ziemię.
Zostaw te słoje, bo znów wpadniemy w jakieś kłopoty. Powiedziała Justyna odsuwając chłopaka od pułki.
Co z tego! Wrzeszczał wyrywając się, jednak dziewczyna była silna. Zawdzięczała to treningom. Wkońcu gdy widzieliśmy że ochłonął puściła jego ramię.
Co teraz? Zapytał Karol. Bateria w samsungu padła.
Zasięgu tu nie ma. Powiedziałem chowając telefon. Coś nas ekranuje.
To jakieś dziwne! Krzyknęła Dorota i wyciągnęła z kieszeni Jana zapomniany odłam cegły.
Pocoś to zabrał? Zapytał się Marcin przypatrując się elementowi.
Odruchowo jakoś. Odparł Jan wyciągając powerbanka, którego podał Karolowi.
Co to? Zapytał Mateusz podnosząc coś z ziemi.
Zardzewiały łom, ale możemy go użyć! Zawołała podekscytowana Dorota.
Zwariowałaś? Jak zaczniemy usuwać cegły z muru, zawali się ta sala albo słoje poupadają! Krzyknęliśmy wszyscy.
No tak. Mruknęła, ale zhowała łom do plecaka.
Wkońcu po zebraniu sił szliśmy dalej. Robiło się coraz cieplej. Gdy myśleliśmy, że nie wytrzymamy doszliśmy do kamiennej ściany.
Ślepy zaułek! Jęknął załamany Daniel i z bezsilności kopnął mur.
To chyba drzwi. Powiedziałem. Zobaczie. Te ślady nie wyglądają na przypadkowe.
Wsumie, zastanowiła się Justyna i wcisnęła palce w małą szczelinę. Coś zgrzytnęło, rozległ się okropny pisk, posypało się trochę pyłu i kamienna płyta odsunęła się.
Ała! Syknęła z bólu Justyna howając zranioną dłoń do kieszeni.
Wchodzimy? Zapytał Jan.
A mamy inne wyjście? Odparłem pytaniem na pytanie i weszliśmy.
Pomieszczenie nie wyglądało na duże. Było w nim nieco chłodniej, ale od czasu do czasu słychać było dziwny bulgot i wtedy temperatura wzrastała, opadała, wzrastała, opadała etc.
CDN

20 komentarzy

  1. Wiem, mówię że mało osób wie o kogo chodzi. Może ktoś przypisze sobie znajomość Rosyjskiego do jakiejś osoby, do innej wybuchowość etc. To nie są eltenowicze

  2. Wiem, szczeguły bardziej będą. Raczej mało kto rozpozna o kogo chodzi, z eltenowiczów to może z 3 osoby. Będzie oczywiście next. Wszystkie porady biorę i używamn

  3. Piszesz, że osoby istnieja na prawdę? Ale nikt i tak się chyba nie domyśli o kogo chodzi 😉 bo nie ma szczegułów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

EltenLink