Staliśmy gotowi chyba na wszystko. Sceneria tylko napawała do naszych, działań. Zimny, świszczący wiatr do okoła, ciemny las, prawie pusta polana na której staliśmy, ciemne chmury na niebie. Nic, tylko czekać na to, co stać się musi, i co stać się powinno. Ale cierpliwość to cnota, jak mawiają, to też, czekamy. Stoimy w bezruchu niemal, okazjonalnie zmieniając pozycję, by dać ulżyć zdrętwiałym członkom naszym.
W sumie to ciekawe, taka ludzka wytrzymałość i cierpliwość. Jak niewzruszeni potrafią być niektórzy, jak zimni, jak wyrachowani, jak, cierpliwi. Oczekiwać na coś miesiącami, czasem i latami, by czasem zderzyć się z bolesnym zawodem, że w sumie, to nie mieli na co czekać, tylko marnując swój czas. Albo ci, których nic nie rusza i dalej robią swoje, nieważne czym by to być miało. Ale nie nasza w tym rzecz. Zostaliśmy wysłani, więc, czekamy. Cierpliwie oczekujemy tego, co się stać musi.
Wiatr gwiżdże pośród oddalonych drzew, wzbijając leżące na ziemi sosnowe igły i maleńkie, zamarznięte szyszki. Gdzieś w oddali słychać huczenie dużej sowy, ale generalnie jest cicho. Wszystko zdaje się czekać na nasz kolejny ruch.
Czas mija, lecz my dalej trwamy w milczeniu, jak kamienne posągi. Niewzruszone, stojące, wyniosłe. W końcu musi nadejść ta chwila, na którą czekamy, i tak też się dzieje.
Z oddali, wolnym krokiem nadciąga staruszek. Ubrany w futrzany korzuch dziadunio, podpierający się laseczką, dźwigający na plecach wiązkę drewna, za pewnę na opał. Nie dziwi to nikogo z nas, wszak w taką pogodę kości ogrzać jakoś trzeba, prawda?
Idzie w naszym kierunku, nie spodziewając się niczego. Stoimy tak idealnie wtapiając się w tło, że możemy uchodzić za nagie, bezlistne drzewa. Lecz wystarczy tylko, by przekroczył pewną, niewidzialną linię, co też się w końcu dzieje.
Wszystko dzieje się szybko i cicho, jak zawsze. Idealnie zsynchronizowani, płynnie rzucamy się w jego kierunku, zatapiając nasze szpony w ciepłym, ludzkim ciele. W końcu możemy posmakować, możemy poczuć pełnię sił. Nasze długie kły rozrywają mięso, smakując ludzkiego strachu i zaskoczenia, a chciwe języki chłeptają jego krew.
Gdy wszystko jest już zakończone, oddalamy się, jakby nigdy nic. W trakcie wędrówki nasze smukłe, wilcze ciała zmieniają się. Futro gzieś znika, a na jego miejsce pojawiają się kurtki. Kły jakoś się chowają, a przednie łapy kurczą. Plecy same prostują się tak, by tylko dwie nogi utrzymywały nasze postacie. Teraz możemy wracać do domów. A gdy nastąpi kolejny czas, przyjdziemy, by się pożywić.
No brawo.
Wilkołaki chyba