Jest noc. W domu już ciemno, wszyscy domownicy śpią. Co prawda drzwi do twojego pokoju są zamknięte, lecz gdy się dobrze wsłuchać, to słyszysz ich miarowe oddechy. Jest druga w nocy, pora iść spać, myślisz.
Wyłączasz komputer, zdejmujesz słuchawki, odkładasz na biurko, ziewasz. Przed pójściem do łóżka musisz iść do toalety, jak zawsze. Po cichu otwierasz drzwi, uprzednio zakładając kapcie. Korytaż jest ukryty w półmroku, ale drogę do przybytku znasz doskonale, w końcu, mieszkasz tu od wielu lat. Idziesz po woli, starając się nikogo nie obudzić. Trzask!
Podskakujesz, tłumiąc przekleństwo. To udało ci się wytłumić, ale zduszonego okrzyku już nie. Podskakujesz ze strachu, wyskakując na dobre 20 centymetrów do góry. Serce zaczyna bić jak oszalałe, oddech przyspiesza, organizm zaczyna produkcję adrenaliny. Co to było, co to mogło być! Zabrzmiało niczym wybuch bomby w tej ciszy, albo trzask ogni piekielnych. Słyszysz, że domownicy poruszają się w swoich łóżkach, najwidoczniej hałas dotarł i do ich pokojów.
Zastanawiasz się, co zrobić teraz. Rozsądek kwili uciekaj! Uciekaj! Uciekaj! Strach rozpełza się, niczym gromada pająków, zalewając twoje ciało i umysł swoją mocą. Coś podpowiada ci jednak, by się pochylić. Zapalasz małą lampkę stojącą przy wyjściu z domu i w jej mętnym świetle kucasz, by zbadać ziemię. Po chwili prostujesz się i na cały dom krzyczysz. Bartek, do holery jasnej, uważaj, gdzie bawisz się tym świństwem!