Wracałem z pracy, jak co dzień, rowerem. Tak, nawet zimą wracam rowerem. Jestem dość, maniakalny, jak chodzi o ekologię, w pewnym sensie, to znaczy, kiedy mogę nie dymić jak palacz nałogowiec, no to poruszam się jednośladem, platwormując. Taki to świat, że pedałować już nie można. Znaczy można, ino zmieniło to znaczenie, a tego nowego kultywować nie zamierzam, no ale dobra ja nie o tym. Dzisiaj pogoda była dość ok, trochę siąpiło, jakiś kapuśniaczek, jak ja to nazywałem łzy z nieba, ale bez tragedii, więc rower był praktycznie idealny. Jechałem sobie tak, na kierownicy uchwyt, w nim JBL Flip 4, zaciorany, chyba przez całą Polszę przejechał, ale dalej wiernie przy moim boku trwał więc nie nażekałem, bo i po co? Hehehe z tyłu na bagażniku jakieś zakupy, no jakoś żyć trzeba, nie tylko pracą człek żyje, bo też i dobrym posiłkiem, dla przykładu. No więc wracałem sobie tak, głośniczek coś grał, no właściwiej to mój szanowny smartfon ale nie czepiajmy się szczegółów. Dzisiaj zamierzałem sobie zamówić dobrego burgera, bo po pierwsze nie chciało mi się nic robić, po drugie lubię burgery, po trzecie dostałem premię to trzeba to uczcić, no właśnie.
Droga do domu zajmowała mi zawsze tak mniej więcej godzinkę przy dobrych wiatrach, przy gorszych, troszkę więcej. Teraz tragicznie nie było, więc przewidywałem, że dojadę niedługo do mojej jaskini spokoju, jak to mawiał brachol, a że mi się nazwa spodobała to sobie jej używałem. No dobra, ale znowu zbaczam z tematu, dobrze że nie z drogi, bo wpadłbym w krzaczory, heheheheh i już by wam tak dupska nie truł jak ja.
No ale właśnie, chaszcze. Najlepszą drogę do domu miałem przez taki mały lasek. Tak szczerze, wg mnie to po prostu ktoś nie skontrolował terenu i nawet nie zauważył, że coś tam wyrastać zaczęło, no a jak już zobaczyli to im się nie chciało tego usówać, to sobie rosło w najlepsze eksponując siłę natury powiedzmy na przedmieściach. Nie, w tym lasku nie mieszkały czarownice, Baby Jagi chociaż to też rodzaj wiedźmy, ani inne bestie z piekła rodem. Znaczy, jak uznamy komary i kleszcze za potwory którymi w sumie są, no to mieszkały, ale takto nic specjalnego. Raz czy dwa zdziczałego psa tam widziałem, jebaniutki kiełbę mi kiedyś z wozu porwał, ale żem się wkurwił wtedy!
No ale dobra, wracałem do domu z muzyką płynącą z prestiżowego Dżejbiela, rozmyślając o tym, jakiegosz to burgera moje podniebienie pragnie najbardziej. Czy bardziej cheese, czy bardziej mead, czy bardziej, jeb! Z zamyślenia wyrwało mnie walnięcie w coś. Nie było jakieś bardzo mocne, żeby z roweru zrobić szmelc, wystarczyło jednak, bym z niego spadł i w ziemię zarył, jak kret pragnący wykopać nowy domek. Nasz nowy dom, kret edition takie. Tyle, że ja kretem nie byłem i nie zamierzałem być, więc z tego spotkania pierwszego stopnia zbytnio zadowolony nie byłem.
Irytacja jednak sprawiła, że zainteresowało mnie, co spowodowało mój upadek i pobrudzenie kurtki, której jakoś wolał bym nie utytłać w wszechobecnym błocku. Wstałem więc, ostentacyjnie się otrzepałem i zerknąłem.
No prosz. Leżało sobie, na środku drogi, obecnie trochę przesunięte z uwagi na czystą fizykę i siłę zwaną, hmm, siłą. Ludzkie ciało. Wiecie, nic specjalnego. Ot, po prostu. Korpus, dwie ręce, dwie nogi, głowa. Zwyczajne, ludzkie ciało na środku drogi.
Irytacja tylko wzrosła. Kto kurwa leży sobie na środku drogi tak o, podczas gdy tędy ludzie mogą z pracy wracać, a po za tym, ważniejsze. Po chuja tu jest? Jak sobie chce umierać, to jest tyle miejsc, w których może to zrobić spokojnie bez powodowania swego rodzaju efektu domina na buiednych podróżnych. Nie miało to zbytnio sensu, aczkolwiek, co ten sens na tym świecie ma, hm? No cuż, trzeba się było zbierać. Nie chciało mi się specjalnie przyglądać temu ciału, bo też nic w nim ciekawego nie było, więc pozbierałem rower, co ciekawe siatki z zakupami nie pospadały na ziemię, może to cód jaki. Do kościółka bynajmniej iść nie zamierzałem w niedzielę z tego powodu, choć szybką modlitwę zmówiłem w podzięce, bo czemu by nie?
Gdy już wsiadałem na rower przez głowę mi przemknęło. Ale tak właściwie, to kto i czemu go zabił? Ruszyłem w drogę, nie obracając się za siebie. Gdybym się odwrócił, pewnie dostrzegł bym nienaturalnie świecące, czerwone oczka, rodem z taniego horroru. Gdybym się odwrócił, pewnie poczuł bym gorący oddech istoty na karku. Gdybym się bardziej skupił, usłyszał bym jej śmiech. Ale mnie napędzało już tylko jedno. Nic, nawet trupy w lesie nie powstrzymają mnie przed zajebistą, burgerową ucztą po zasłużonej, ciężkiej pracy! A trupy? Niech umierają sobie gdzieś indziej, choć, one już chyba to mają za sobą. To niechaj na drogach nie leżą, gdzie uczciwie pracujący może się swoim pojazdem rozbić. Aha, w sumie właśnie chyba dlatego ostatnio przyzwałem demona, żeby nikt mi nie przeszkadzał.