Cierpiąc w oczekiwaniu, creepy pasta.

Staliśmy w oczekiwaniu. Napięci, gotowi do akcji w każdej chwili. Możecie mi wierzyć, ale utrzymanie ciała w takiej pozycji przez długi czas nie jest rzeczą prostą. Sama myśl o tym, że nie możesz nawet na chwilę przymknąć oka, że musisz być gotów na wszystko wprawia w lekkie szaleństwo. Może i oczekiwanie jest przyjemne, lecz do czasu. Trochę tak jak ze sportem. Początkowo cieszysz się ze wiatru we włosach, gdy jedziesz na rowerze, ale po kilku godzinach zaczynasz odczówać ból mięśni, znużenie i niechęć, by finalnie dać sobie spokój. A nasza akcja była o wiele poważniejsza od takiej jazdy, wszak zależało od tego przetrwanie całej grupy.
Stałem, patrząc się na przód, prawie nie mrugałem, byle tylko nie utracić niczego z pola widzenia. Niestety jedyne, co widziałem i zapamiętałem do bólu, ciągle było tym samym. Drzewa, krzewy, trawa, lekko azachmurzone niebo. W dodatku, tego dnia było strasznie gorąco. Na prawdę, jeśli wydaje się wam, że takie stanie na powietrzu, wdychanie go, jak to się mawia pełną piersią jest bardzo przyjemne, to muszę was wyprowadzić z błędu. Otuż nie, nie jest. Zwłaszcza, gdy w powietrzu unosi się zaduch, a po ciele spływa cieniutkimi strumyczkami lepki, cuchnący pot.
Mimo wszystko jednak, nie mogliśmy ustąpić ze stanowiska. Najmniejszy ruch bowiem mógłby przesądzić o naszym istnieniu, a to była by za wysoka cena. Już wielu przed nami i za pewnę wielu po nas poległo w ten sposób poddając się. Pozwalając, by ich ciała, znużone wysiłkiem legły na trawiastym kobiercu, by się już nigdy nie wybudzić. My jednak chcieliśmy być wytrwali, niezłomni, silni. Chcieliśmy stawić czoła wszystkim przeciwnościom, jakie utkały dla nas Mojry na swym wrzecionie. Nie mogliśmy pozwolić na najmniejsze nawet uchybienie, wszystko musiało być dopięte na ostatni, najmniejszy guziczek.
Stojąc tak, rozważałem nad sensem istnienia. Nie ja za pewne, lecz nie odzywałem się w obawie zmącenia ciszy idealnej, panującej w okolicy. Rozważałem nad tym, jak to na świecie jest. Czemu niektórzy, nie kiwając nawet palcem mają wszystko, albo prawie wszystko. Wyrastają później na rozkapryszonych, znudzonych życiem, a raczej bezżyciem imbecyli, bo są dobrze urodzeni, albo dostali niespodziewany spadek po bogatej cioci z Ameryki. Inni zaś, muszą się trudzić przez wszystkie swoje marne dni, osiągając i tak niewiele, lub czasem zdychając, jak bezpańskie kundle z głodu, przeżerani przez wszelakie chorubska.
Czemu świat, natura na to pozwalają. Czemu ten balans jest tak koszmarny? Każdy przecież pragnie przetrwać. Przeżyć, istnieć, trwać, byle w rozsądnym stanie i formie, bo samo trwanie, wegetacja wręcz, jest w prost żałosna. Musiałem to przyznać. Nie uznawałem czegoś takiego. Tylko słabi nie robią nic lub tkwią w niejakim zawieszeniu, czekając na cód, który często i tak się nie zdarza, a oni kończą z niczym, albo i jeszcze gożej.
Czemu niektórzy są wyszydzani i odrzucani tylko dlatego, że są odmienni od narzuconego z góry ogółu? To, że mają inne potrzeby, albo zainteresowania? Ale, czy idąc taką logiką, to każda żywa istota odmienna od ich ideałów nie powinna być totalnie odrzucana i gardzona, lub nawet plugawiona? Do prawdy, ten świat jest jakiś dziwny, jak mawiał pewien pisarz.
Myślę, że to nurtowało wielu przedemną, i męczyć będzie następnych, lecz z racji na zbyt dużą ilość wolnego czasu i tak mogłem sobie spokojnie to porozważać. Czy to strach wyzwala reakcję odrazy i niechęci, czy po prostu idealizacja oraz wszechobecna, dusząca pycha, która spowija ten świat niczym całun mroku? Nie wiedziałem, a chciałbym to wiedzieć. Bardzo przykrym bowiem dla mnie było widokiem widzieć odrzucane jednostki tylko z powodu ich inności bez znaczenia na to, jakie by one nie były. Mogę się z tobą założyć o serce, czytelniku, że gdybyś tak przechadzał się w okolicy i ujżał naszą gromadkę, wyczekującą i napiętą nie podszedł byś z wyciągniętą dłonią. Nie pozdrowił byś nas, nie dosiadł się, nie zaczął rozmowy. Albo nie zwrócił byś na nas najmniejszej nawet uwagi, na którą zasługuje każda żywa istota, albo uciekał byś, pełen odrazy i wstrętu. Jak wszyscy z resztą. I przyznać muszę, że to boli. Choć może się nie wydaje, to nie jest to przyjemne. Czyszby chodziło o to, że chcemy dojść do celu? A czy ty, lub ogólnie określając wy, nie macie swoich celów? I czemu między sobą no, najczęściej, nie macie oporu w rozmowie, czy wspomożeniu w jakikolwiek sposób? Oczywiście chyba, że trafi się ktoś, niepasujący do idealnej układanki. Puzzel, którego nie da się umieścić na planszy nawet, gdy się go powygina. Po prostu nie pasuje on do całokształtu kompozycji.
Swoją drogą, kto steruje tymi ideałami. Kto je narzuca, albo radzi z innymi podobnymi sobie pokrakami to będzie tak, tamto tak, a inne jeszcze inaczej. Niech się tylko dowiem, to takiego ktosia dorwę i wyśpiewa mi wszystko, jak dorodny słowik. Lecz na razie, są to tylko mażenia i dywagacje, których nie mogę obrócić w czyn.
W końcu coś się zmienia. Czuję to po zapachu, po kierunku wiatru, po zachowaniu napiętych jak ja towarzyszy. Ktoś pojawia się na horyzoncie. Czujemy go całymi sobą, niemal wibruje on swoją unikatową energią, którą my umiemy wyczuć.
Na reszcie czas. Daję znak swoim i puszczam się przed siebie. Cztery nogi idealnie niosą mnie na przód, mokry nos węszy, a postawione, duże uszy słyszą każdy dźwięk. W końcu, na reszcie.
Jeszcze chwila i jesteśmy już przy nim. Daję sygnał przeciągłym wyciem. Wszyscy jak na komendę stajemy na dwie łapy, napinamy się w sobie. Ciała się wydłużają, ręce kurczą, sierść opada, ciasno przylegając do korpusów. Po kolejnej chwili okrążamy znalezisko, by nie uciekło, a następnie po woli, z szacunkiem patrzymy mu w oczy, nim kły zagłębiają się w skórze.
Taaaak, to jest to. Ożywcza siła, energia, moc do dalszego działania. Do słownie z każdym kęsem czuć, że świat staje się piękniejszy. Po niedługim czasie nie zostaje zbyt wiele, więc po prostu odrzucamy to, co pozostało. Nie będzie przecież leżało na środku ścieżki i odstraszało, prawda?
Teraz jest czas, by wrócić do domu. By odpocząć i przemyśleć następne kroki. W biegu opadamy na cztery kończyny. Futro podnosi się, ręce wydłużają, aż finalnie opuszczamy polanę, znikając w buszu.
W końcu u siebie. Jak tu przytulnie i cicho. Teraz czas na drzemkę, a później, pewnie dalsze dywagacje. I nie, nie bierz mnie za coś dziwnego, bo ty w cale nie jesteś lepszy. Prawdę mówiąc, to robisz to podobnie, ale z większą finezją oraz, no niestety, uciechą. Konieczność a przyjemność, to dwie, różne rzeczy, mój drogi. Ty tak samo tego nie zrozumiesz jak ja nie rozumiem wielu twoich przyjemności. Co nie znaczy, że lubię to, jak traktujesz odmienność. To już nie jest ni miłe, ni dobre. My jednak mamy chociaż honor, czego o was powiedzieć raczej nie można. Przemyśl to. Tym czasem idziemy się zdrzemnąć. Należy się po takiej mordędze. Żegnaj!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *