Witam, to także opowiadanie, które pisałem dawno, dawno temu. Także na lekcji. Jest ono jakie jest, ale zdecydowałem się je wam udostępnić.
Witajcie! Moja historia jest na tyle dziwna, że postanowiłem umieścić ją tutaj. Zapewne nikt mi nie uwierzy, nawet jeśli napiszę, że historia ta jest prawdziwa. Taka właśnie jest, ale nie chcę tego podkreślać z uwagi na to, że odniosłoby to zupełnie odwrotny do zamierzonego skutek.
Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu. Potrzebowałem komputera, pilnie. Mój obecny, dość wysłużony laptop, którego używałem w pracy, uszkodził się – i to poważnie, padł procesor. Znam się na naprawach komputerów, w końcu praca w branży IT, po części jako serwisant, zobowiązuje, lecz wiedziałem też, że naprawa tego nieszczęsnego procesora nie ma w tym momencie sensu. Laptop miał dobre siedem lat i chociaż bardzo dobrze działał nawet na Windowsie 10, no to już zaczynał powoli nie wystarczać. Przegrzewał się pomimo czyszczenia i nakładania pasty termoprzewodzącej, spowalniał i generalnie po prostu się zużywał. Postanowiłem kupić nowy sprzęt, a stary na razie zostawić, bo może kiedyś się jeszcze przyda.
Nie miałem zbyt dużych pieniędzy. A raczej miałem ich bardzo mało. Prawda jest taka, że gdybym miał kupować komputer do domu, to musiałbym jeszcze dużo dołożyć, bo tani sprzęt nie wystarczyłby do wielu rzeczy, które robię na domowej maszynie. Jednak na komputer do pracy taka ilość funduszy mogła nawet wystarczyć.
Zdecydowałem się na zakup sprzętu używanego z Allegro. Dlaczego? Nowe laptopy do 2000 zł, a właśnie tyle byłem w stanie wydać, nie dysponują zbyt dobrymi parametrami i mogą zacinać się nawet przy zadaniach biurowych. Przekonał się o tym mój kolega z pracy, Jurek. Ktoś powie, że przecież mogłem zabierać przynajmniej tymczasowo do pracy moją domową maszynę. Powiem tak: noszenie 21-calowego, pięciokilowego laptopa w plecaku raczej nie jest ani praktyczne, ani wygodne. No a jego czas pracy na baterii, z uwagi na wymagające podzespoły, był bardzo krótki.
Zacząłem więc przeglądać oferty używanych laptopów do 2000 zł z dobrymi parametrami i o w miarę kompaktowych wymiarach.
Gdy przeglądałem setki ofert, w oczy rzuciła mi się licytacja. Nie zdziwiło mnie to, bo w ten sposób często sprzedający jest w stanie zarobić więcej. Na aukcji wystawiony był laptop z przyzwoitymi jak na tę klasę cenową parametrami: 13-calowy, z ceną startową 1 zł, która obecnie wynosiła już 400 zł. Lekko używany, wyglądał jak nowy. Postanowiłem zaryzykować. I tak nic za to nie płacę, prawda? A może wyrwę dobry sprzęt w rozsądnej cenie.
Była sobota, a licytacja kończyła się o północy. Przesiedziałem do tej godziny przy komputerze, patrząc co chwilę na ofertę. W końcu napisałem skrypt informujący mnie o zmianach w interesującej mnie ofercie. Przebijałem, gdy było trzeba, aż o godzinie 23:58 na liczniku widniało 944 zł. Całkiem nieźle. Nowy taki sam laptop kosztował jakieś 2500 zł albo i troszkę więcej. Tak jak mówię, nie zdziwiła mnie ta cena na aukcji, bo to w końcu licytacja, no i sprzęty takie same, a w gorszym stanie, potrafiły kosztować znacznie więcej. Ktoś wystawił nawet taki z uszkodzoną klawiaturą za 3000 zł, co było wręcz śmieszne.
W końcu udało mi się w ostatniej chwili, kilka sekund przed czasem, przebić ostatnią, przeciwną ofertę – finalnie zapłaciłem 1024 zł.
Paczka przyszła we wtorek. Otworzyłem lekko podniszczone opakowanie. W aukcji była o tym mowa, ale to nie było najważniejsze. W pudełku znajdował się laptop, zasilacz i papiery.
Wziąłem komputer do ręki. Był dość lekki i poręczny. Mojej uwadze nie uszedł jednak jeden szczególny fakt. Mniej więcej pośrodku, na tylnej pokrywie, widać było wyraźne wybrzuszenie plastiku, jakby napuchła bateria (mało prawdopodobne), albo jakby ktoś np. chciał dołożyć drugi dysk do laptopa, ale umieścił go źle, a potem nie chciał lub nie mógł go usunąć, więc po prostu byle jak skręcił śrubki przytrzymujące pokrywę na miejscu tak, że widać było wyraźną nierówność na plastiku.
Próba postawienia laptopa na stole tylko potwierdziła moje przypuszczenia: lekko, ale chybotał się na blacie. Jego wszystkie gumowe nóżki nie mogły jednocześnie dotknąć blatu, chyba że dociskałem komputer siłą.
Przyznam, zdenerwowałem się. Ktoś sprzedał mi uszkodzony laptop albo to jakiś głupi żart!
Postanowiłem jednak sprawdzić jeszcze dwie rzeczy, zanim przemyślę ewentualny zwrot. Po pierwsze, spróbowałem włączyć komputer. Zadziałał bez problemu. Co prawda coś dziwnie zgrzytało w obudowie, jakby wentylator ocierał się o coś, ale sprzęt działał poprawnie.
Zebrałem kilka narzędzi i pojemników, po czym odkręciłem śrubki przytrzymujące pokrywę laptopa w ten obecnie nieprawidłowy sposób. Chciałem sprawdzić, co się tam dzieje i dlaczego obudowa jest nierówna. Bo jeśli to była bateria, to miałem zamiar od razu dzwonić do sprzedawcy z zażaleniami.
Od razu w oczy rzuciła mi się ciemna, materiałowa szmatka, najprawdopodobniej zamontowana tutaj jako wygłuszacz hałasu. Rozwiązanie znane, może też częściowo blokować kurz. Zdarzało mi się takie stosować.
Wyciągnąłem materiał. Tutaj wszystko zaczyna robić się naprawdę dziwne.
Wnętrze laptopa wyglądało w sumie normalnie. Wszystkie kable i komponenty były na swoim miejscu. Chciałem sprawdzić, o co ocierał się wiatrak. Okazało się, że był to jakiś czarny przedmiot wciśnięty w miejsce na drugi dysk M.2. Wystawał ze slotu na tyle, że wentylator musiał się po prostu z nim co chwilę spotykać.
To coś było ewidentnie za duże jak na ten slot. Wciśnięty na siłę, wręcz brutalnie przedmiot nie rzucał się specjalnie w oczy do momentu, gdy wykręciłem wiatraczki.
Zacząłem próby wyciągnięcia tej rzeczy z miejsca na dysk. Nie chciałem zniszczyć kieszeni dyskowej, więc zacząłem od podważania paznokciem. Nic to nie dało prócz niewielkiego przesunięcia się przedmiotu o kilka milimetrów w slocie.
Sięgnąłem po cięższy kaliber: śrubokręt płaski. Delikatnie podważałem to coś. Efekty były raczej mierne. Gdy zaczęło się niepokojące trzeszczenie, zaprzestałem roboty.
– Kurczę, co to jest? – pomyślałem, zmagając się z wyzwaniem.
W końcu postanowiłem nie cackać się z laptopem i wsunąłem do maleńkiej szczeliny płaski, tępy nożyk. Szarpnąłem dość mocno, ale na tyle słabo, by nie poniszczyć sąsiednich elementów. Uznałem bowiem, że chyba muszę poświęcić komorę na dodatkowy dysk, która i tak mogła być już niesprawna.
Rozległ się okropny zgrzyt, jakby ktoś przeciągał ostrzem piły po nieobrobionym kamieniu, i tajemnicza rzecz wyskoczyła ze swojego leża.
Najpierw zbadałem komorę na dysk.
– Kurwa mać! – zakląłem, widząc dość zmasakrowaną, pogiętą komorę. Na szczęście wyglądała na możliwą do odratowania, lecz postanowiłem zająć się tym później, a najpierw wyciągniętym przedmiotem.
Tym czymś okazał się dość duży, czarny pendrive. Straszliwie zakurzony. Trochę pyłu osadziło się też w slocie na dysk.
Pendrive wyglądał na stary, żółknący już przy końcówkach. Przykryty pogiętą, metalową zatyczką USB wydawał się na szczęście nietknięty.
Zacząłem się zastanawiać, co w laptopie robił pendrive w miejscu na dysk, gdzie wsadzanie go nie ma przecież żadnego sensu.
Zaniepokoiłem się lekko, ale postanowiłem podpiąć pamięć do jakiegoś starego grata, którego ostatnio dał mi do naprawy znajomy.
Włączyłem go i wsunąłem pendrive w port USB. Kliknąłem myszką na „Ten komputer” i zerknąłem na etykietę dysku.
Tnemhsinup, litera dysku G.
– Dziwna nazwa – pomyślałem, wchodząc we właściwości dysku.
System plików FAT32, rozmiar 4 GB – raczej przeciętne parametry pendrive’a sprzed dziesięciu, może jedenastu lat.
Postanowiłem wejść po chwili do środka dysku.
Ekran komputera zrobił się czarny z pulsującą kropką na środku. Po chwili pokazał się monit o wpisanie hasła.
Zakląłem cicho. Już miałem wyciągnąć po prostu pendrive, zapakować go do pudełka razem z laptopem i zwyzywać sprzedającego, lecz coś mnie tknęło i wpisałem „Tnemhsinup”, tak jak w etykiecie dysku. Nie miałem czasu łamać haseł.
O dziwo, hasło zaskoczyło i znalazłem się już w środku.
Było tam kilkanaście folderów o dość typowych nazwach, jak na pliki gry albo starego programu. Jedynym plikiem wykonywalnym był start.exe. Poza nim były tam pliki .dll, .csproj, .css i im podobne.
– Pendrive z taniej creepypasty? – zaśmiałem się, uruchamiając plik wykonywalny.
Ekran zaczął śnieżyć. Co jakiś czas przebijały się jakieś mgliste kształty – mogły być to fotografie albo pokaz slajdów. Dokładnie nie wiem, bo jakość obrazu była bardzo niska.
Po jakiejś minucie wyrzuciło mnie na pulpit. Komputer dokonał restartu, lecz zamiast zwyczajowego okna logowania Windowsa 10 pokazał się wiersz poleceń z szybko przesuwającymi się cyframi.
– Kurwa, jeszcze jakiegoś wirusa złapałem! – powiedziałem, uderzając ręką w biurko.
Komputer jednak włączył się normalnie i okazało się, że to była tylko aktualizacja systemu, a wiersz poleceń pochodził od jakiejś gry, w którą mój znajomy zagrywał się do oporu.
Postanowiłem odpalić plik jeszcze raz. Znów ukazał się pokaz slajdów – tak to będę nazywać. Trwało to kilkanaście minut, po których przeniosło mnie do okienka wyglądającego jak narysowane w Paincie.
Do wyboru były przyciski: start, options, help i exit. Nad wszystkim był jakiś rozmazany obrazek, który przy dokładnej analizie był podobny do postaci żołnierza z I wojny światowej.
– Raz kozie śmierć, i tak muszę go sformatować! – pomyślałem, klikając „start”.
Ekran znów zaśnieżył, przenosząc mnie po chwili do białego okna z napisem:
„Operacja 32. Zlikwidować Karola Mordkę. Miejsce zamieszkania: Lublin, ulica Święta 4. Gra”.
Tekst się urwał, przenosząc mnie do okienka z ludkiem pośrodku i dziwną drogą.
– Co do chuja? – zapytałem sam siebie, osłupiały. Wyglądało to jak jakieś zlecenie morderstwa?
Lekko zaniepokojony zacząłem wciskać strzałkę w prawo, co powodowało ruch ludka na ekranie. Gdy doszedłem do ciemnej plamy na końcu, ekran zaśnieżył, wyrzucając kolejne okno z napisem:
„Operacja 32 zakończona powodzeniem. Przeszkoda usunięta w 5 minut i 32 sekundy z użyciem standardowego rewolweru typu Colt przy…”.
Znów napis zniknął, przerzucając mnie do kolejnej planszy.
– Ja pierdolę! – zakląłem. To zaczynało wyglądać coraz poważniej. Może był to jakiś chory żart albo gra przedstawiająca takie rzeczy, ale jeśli nie?
Postanowiłem ruszyć ludkiem dalej. Pieprzona ludzka ciekawość napędzała mnie do zobaczenia, co jest dalej.
Znowu po przejściu kilkunastu kroków ekran zaśnieżył, ale tym razem zamiast wyrzucić okienko z wiadomością, na ekranie pokazał się film, nakręcony raczej miernej jakości telefonem.
Film nagrany był z perspektywy pierwszej osoby. Kamerzysta szedł raczej wąską drogą jakiegoś miasteczka. W tle widać było padający deszcz. Postać podeszła w końcu do jakiegoś bloku. Zwinęła dłoń w pięść i zaczęła nawalać w drzwi klatki. Zauważyłem, że wiszący obok na ścianie domofon jest zaklejony kartką z napisem „awaria”.
Gdy próby dostania się do środka w konwencjonalny sposób zawiodły, kamerzysta wyciągnął z niewidocznego wcześniej plecaka łom i wyważył drzwi, odrzucając je brutalnie za siebie.
Postać weszła do brudnego, ciemnego i najprawdopodobniej śmierdzącego wnętrza. Wszędzie walały się stare, puste puszki, a na schodach spał menel.
Kamerzysta wspiął się po schodach na drugie piętro, stając po chwili przed starymi, obłażącymi z farby drzwiami. Znów do akcji wkroczyła pięść lewej ręki, natomiast łokieć prawej wciskał dzwonek.
Drzwi z przeraźliwym skrzypieniem uchyliły się na kilka centymetrów, odsłaniając ciemny przedpokój oraz nabiegłe krwią oko patrzące przez szczelinę.
Nagrywający brutalnie odepchnął domownika, dostając się do środka. W domu panował straszliwy bałagan. Skarpetki leżały razem z talerzami i resztkami zjełczałego masła na stole, który stał pośrodku małego pokoiku, zaraz za krótką sienią. Na jednej ze ścian z pokruszonym tynkiem wisiała chybocząca się, próchniejąca półka na rdzewiejącym gwoździu. Leżały na niej brudne sztućce.
Kamerzysta stanął pośrodku pokoju, patrząc na podnoszącego się właśnie z ziemi, podobnego do szczura mężczyznę ubranego w brudny dres. Mieszkaniec domu zaczął wrzeszczeć na widok kamerzysty, dopraszając się w dość brutalny sposób jego wyjścia. Wtedy nagrywający zrobił zbliżenie na siebie, a raczej na maskę, która zakrywała twarz postaci. Ktoś rozmył w tym momencie tło tak, że nie było widać dokładnych rysów postaci – nie można było określić, czy to mężczyzna, czy kobieta, wysoki, czy niski itp. Tylko ta maska, która nawiedzała mnie potem w koszmarze tej samej nocy… Pokryta gdzieniegdzie plamkami zaschniętej już krwi, wyglądała, jakby nosząca ją postać nie miała rysów twarzy, co było oczywiście tylko efektem maski. Przez wielkie dziury wycięte w masce widać było niebieskie oczy.
Tło w tym momencie wróciło. Kamerzysta brutalnie złapał stojącego już mężczyznę za kark i rzucił nim o ziemię.
Tamten zaczął wręcz gulgotać i wrzeszczeć. Chciał sięgnąć po telefon leżący na stole, lecz wystarczył kopniak kamerzysty, by stolik się przewrócił, rozsypując wszystko, co się na nim znajdowało. Telefon zleciał i roztrzaskał się po kontakcie z panelami podłogi. Teraz w jednym kącie leżała bateria, w innym klapka, a w jeszcze innym potłuczona reszta. Wnioskuję, że był to zwykły telefon z klawiaturą, ale nie jestem pewien z uwagi na raczej mierną jakość wideo.
Wtedy rozpoczęło się TO. Dziwny dialog między nagrywającym a ofiarą.
Kamerzysta: – Witaj.
Ofiara: – Czego ode mnie chcesz, psycholu!
K.: – Doskonale wiesz, o co chodzi, Karolku.
O.: – Nie znam ciebie. Skąd znasz moje imię!
K.: – Nietrudno było mi ciebie znaleźć. Wiem o tobie wszystko.
O.: – Wyjdź, albo zadzwonię na policję!
K.: – Oni nic ci nie pomogą, miernoto.
Ciężki but kamerzysty kopie w kolano stojącego ponownie mężczyznę, skutkiem czego noga załamuje się pod nim i człowiek upada na brudną podłogę, łamiąc sobie nos.
O.: – Kkkkuurwa! Człowieku, naprawdę nie wiem, o co ci chodzi! Nie mam czasu ani rodziny, bierz co chcesz, ale mnie, kurwa, zostaw!
K.: – Jest jedna rzecz, jaką możesz mi dać.
O.: – Co, psycholu?
Kopniak kamerzysty, tym razem w brzuch leżącego.
K.: – Nie nazywaj mnie tak, dobrze ci radzę. A czego od ciebie chcę? To proste. Pomyśl, jeśli naprawdę masz mózg i jesteś człowiekiem.
O.: – Ja nie mam już tej koki! Wszystko sprzedałem!
K.: – Nie chodzi mi o żadne plugawe prochy! Ale założę się, że są bardziej wartościowe od ciebie.
O.: – Ale o co ci chodzi, człowieku! Niczego nie zrobiłem! Chodzę do pracy, jem i śpię jak każdy, nic więcej!
K.: – Nic więcej?
O.: – Ja o niczym nie wiem! Zostaw mnie, dam ci wszystko!
K.: – No, jednak myślę, że coś takiego jest. Pomyśl, albo zakończymy wszystko o wiele szybciej, niż będziesz chciał, i to w bardzo bolesny sposób.
O.: – Ale ja naprawdę nie wiem nic! Nic, nic!
Znowu kamerzysta kopie leżącego w żebra.
K.: – Ostatnia szansa. Pomyśl poważnie, śmieciu.
O.: – Daj mi jakąś podpowiedź.
K.: – Krystian.
Twarz ofiary robi się chorobliwie blada.
O.: – Skąd… skąd wiesz!
K.: – Wiem wszystko. Czy już ci to nie było przekazane? Bo mi się wydaje, że nawet przeze mnie.
O.: – Aaallleeee, to nie miało tak wyglądać, naprawdę!
K.: – Nie interesuje mnie, co jak miało wyglądać. Ważne jest to, co się stało. A sam dobrze wiesz, co się stało. Prawda?
O.: – Tak.
K.: – No więc teraz poniesiesz tego konsekwencje!
O.: – Nieeeeeeeeeeeee!
Kamerzysta wyciągnął z plecaka piłę mechaniczną. Profesjonalnym chwytem przycisnął ofiarę do brudnej podłogi kolanem i zbliżył piłę do jego prawej ręki.
Miałem w tym momencie wyłączyć to gówno, wyrzucić pendrive albo oddać go na policję i bezzwłocznie skontaktować się ze sprzedawcą. Lecz znowu ta ciekawość…
K.: – Zostały mi przekazane instrukcje, żebyś pokutował za swoje czyny. Wszystko jest transmitowane do zleceniodawców, niech sobie popatrzą.
O.: – Ty jesteś jakimś cholernym płatnym zabójcą!
K.: – Można tak powiedzieć, ale ja nie działam w ten sposób.
Oprawca nacisnął włącznik urządzenia. Ze straszliwym zgrzytaniem ostrza piły zaczęły kroić żywcem dłoń nieszczęśnika na plasterki. Tamten wydzierał się, ile tylko miał sił w płucach, lecz nieubłagany oprawca wyłączył urządzenie dopiero po pokrojeniu całego ramienia. Nawet kość została poszatkowana i wszystko leżało teraz na podłodze. Krew wsiąkała w panele, zmieniając ich kolor z białych na szarawe.
K.: – Jak ci się podobał akt pierwszy?
Po jakiejś minucie:
O.: – Ty psycholu, zabij mnie, daj mi wreszcie odpocząć od tego!
K.: – Nie.
Znów ostrza poszły w ruch. Po mojej twarzy ściekał zimny pot, a ręce drżały. To było po prostu pojebane. Ktoś nakręcił właśnie snuff albo coś tego rodzaju. Miałem to wyłączyć, lecz właśnie druga ręka nieszczęśnika została zmielona.
Następne były nogi. Nie wytrzymałem i zwymiotowałem na monitor. Specjalnie zająłem się sprzątaniem tego, żeby nie patrzeć na to cholerstwo. Wyłączyć się nie dało, ale nie dlatego, że to słaba pasta, tylko wymiociny uszkodziły podpiętą do komputera mysz, a nie chciałem teraz podpinać innej z uwagi na zażygane USB. Przytrzymałem po prostu przycisk włączania peceta, ale przypomniałem sobie, że to właśnie miałem naprawić między innymi, bo jest uszkodzony i jedynym sposobem na wyłączanie i włączanie komputera jest przycisk na myszce, która już nie działa. Wyrwałem zatem kabel z gniazdka.
Film oczywiście się urwał. Ja już myślałem tylko, jaki skurwiel musiał nakręcić coś takiego.
Niestety, ta ludzka ciekawość… Pieprzona ludzka ciekawość sprawiała, że chciałem podświadomie dowiedzieć się, jak to wszystko się zakończyło.
Nie udało mi się wygrać z przemożnym uczuciem ciekawości. Włączyłem ponownie komputer, podpinając do gniazdka kabel. Co ciekawe, to wystarczyło, żeby sprzęt zadziałał i zaczął odtwarzać od momentu, w którym przestał. Znajomy miał chyba mały UPS w środku – dokładnie nie wiem z uwagi na to, że miałem się dopiero zabierać do rozbierania tego komputera, więc dużo jeszcze o nim nie wiedziałem.
Dopiero co wyczyszczony monitor na moje nieszczęście działał dalej. Kamerzysta zakończył właśnie ciąć nogi swojej ofiary.
K.: – Ostatnie słowa?
O.: – Pier-dol-się!
Tutaj nastąpiła scena na tyle okropna, że pobiegłem do łazienki wymiotować dalej. Może gdy to przeczytacie, wyda się to wam zwyczajne jak na takie opowiadania, ale kamerzysta po prostu wydłubał oczy ofiary, zjadł je, a następnie rozpruł go i zaczął bawić się flakami.
Przesiedziałem w kiblu jakiś czas, drżąc ze strachu. Gdy wróciłem do pokoju, zdążyłem na „piękny” widok zmasakrowanych zwłok. Ale to nie był jeszcze koniec. Kamerzysta wyciągnął z szafki mikser, wlał – inaczej tego nie nazwę – resztki ofiary do miski i włączył robota. Po kilku minutach to, co zostało z człowieka, wyglądało jak gęsta, czerwono-szara papka, którą kamerzysta po prostu wylał do sedesu i spuścił wodę.
Ten pojeb po pozbyciu się zwłok po prostu wyszedł z domu, ściągając maskę. Twarz jednak była rozmyta jakimś Photoshopem albo innym programem graficznym, więc nadal nie można było się o nim niczego dowiedzieć, jeśli chodzi o wygląd.
Film urwał się, gdy kamerzysta opuszczał klatkę. Przeniosło mnie potem do tego czegoś… Tej, nazwijmy to, biblioteki.
Miałem dość. Wyrwałem pendrive z portu USB, wyłączyłem komputer i zadzwoniłem do sprzedawcy. Powiedział mi on, że laptopa otrzymał już z pendrive’em. Nie otwierał go, ale słyszał terkot i widział, że stoi niestabilnie, dlatego go sprzedał. Postanowiłem zachować sprzęt, lecz pendrive wrzuciłem do jakiegoś pudła i niech tam leży. Gdyby ktoś chciał, mogę udostępnić ten film, proszę bardzo. Udało mi się do niego dokopać w plikach, w folderze xpu_fl_files/firstact.avi. Było tam jeszcze kilka plików wideo, lecz nie zamierzam ich oglądać. Lubię horrory, ale to jest po prostu gore. Sprzedawca odesłał mi część pieniędzy z uwagi na komorę dysku, którą musiałbym naprawić, a to wiązałoby się z wymianą płyty głównej, co nie miało raczej sensu.
Jakiś czas później postanowiłem zagłębić się jeszcze w pliki na pendrive’ie. Otworzyłem katalog główny i zacząłem grzebać we wszystkich plikach. Nie miałem raczej ochoty na otwieranie plików wideo, bo znałem ich zawartość. Była ona zapewne podobna do tego, co wyświetliła mi ta… gra?
Pliki tego cudnego programu także odnalazłem. Była to raczej prymitywna produkcja napisana na odwal się w C++, stąd pliki .csproj w folderach. Z tego, co zrozumiałem z kodu, po pierwszym filmie miało wyskoczyć jeszcze kilka okien z tekstami, po których odtwarzać miał się kolejny film, znowu okienka, film itd., aż do filmu nr 10.
Kod dalej wygląda na urwany, a plików wideo w folderze jest więcej. Jakim potworem trzeba być, by zabijać dla własnej przyjemności?
Pomimo teoretycznego zlecenia, kamerzysta wyglądał na szczęśliwego z powodu zabijania ludzi. Mam nadzieję, że ten psychol już nie żyje albo siedzi na dożywociu.
Zastanawia mnie jeszcze jeden fakt. Skąd wziął się pendrive w komorze na dysk? Jeśli wierzyć sprzedawcy, że on go tam nie umieścił, to czy możliwym jest, że został tam wsadzony jeszcze w magazynie? A jeśli tak, to czy jednym z pracowników nie był ten pojeb?
Jeśli był, to jakim człowiekiem trzeba być, żeby niby normalnie pracować, a w wolnym czasie mordować? Chyba nigdy nie da mi to spokoju.
Wiem wiem
Winda tez jest hehe
No! W końcu!