10. Kto pod kim dołki kopie, sam w nie, nie wpada?

Popędziliśmy wieżchowce do drogi. Po kilku godzinach, gdy już z ich pysków zaczęła toczyć się piana na szczęście byliśmy już dość blisko zamku. Nie wiadomo czemu, królowa Alandra postanowiła wybudować go w Grotenie, przy granicy z Mamią. Dawało nam to dogodną lokalizację do walki, ale utrudniało często życie codzienne z powodu deszczu, który padał tam prawie cały czas. Czując na skórze pierwsze krople moje wargi rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Byliśmy na miejscu.
Przed nami wznosiła się wysoka, majestatyczna budowla wykonana z białych cegieł. Farba, którą były pomalowane była całkiem świerza. Po ostatniej walce zbyt dużo plam krwi znajdowało się na murach.
Dojechaliśmy do bramy. Na nasz widok strażnicy podnieśli piki i przepuścili nasz oddzialik. Zostawiliśmy konie na dziedzińcu, zajęły się skubaniem trawy i parskaniem co jakiś czas z zadowoleniem. Podsunęliśmy im kubły z wodą i miski z owsem. My natomiast udaliśmy się do budowli.
W promieniach zachodzącego słońca zamek wyglądał jak gura lodowa, i taki też był zamysł króla. Udaliśmy się zaraz do sali tronowej by zdać raport.
Gdy dotarliśmy na miejsce, pierwsze co rzuciło się nszym oczom, to człowiek leżący wręcz na krześle tortur, przywiązany do niego za kostki, nadgarstki i szyję. W cieniu wysokich żeźb Glimerodo i Volanterala stał wysoki, żeźbiony, drewniany tron zwieńczony łbem smoka. Na tronie siedział król Elvarith, trzymający na kolanach miecz.
Wejdźcie towarzysze. Rzucił na nasz widok. Uklękliśmy u stóp tronu. Król nakazał nam wstać. Był to wysoki mężczyzna w wieku dwudziestu pięciu lat. Miał krudko przystrzyżoną czarno bródkę, z nad której spoglądały chłodne, niebieskie oczy. Jego czarne włosy, związane w długi warkocz opadały do połowy pleców. Ubrany był w srebrne szaty z wyszytym Glimerodem na piersiach.
Jak misja? Zapytał się Elvaris.
Źle wasza wysokość. Powiedział nasz lider, Jason.
Cóż takiego się stało. Zapytał spokojnie zaciekawiony rozmówca.
Streściłem mu przebieg naszej wyprawy. Król zaczął gładzić się po brodzie.
Taak. Tego właśnie się spodziewałem. Powiedział cicho. Alegria jak zwykle krzyżuje nasze plany, ale wkońcu się jej pozbędziemy. Tym czasem bądźcie spokojni. Z jednym kamieniem nic nie zrobią, zwłaszcza, że ten element akurad możemy dość łatfo odzyskać. Jedyny problem, że w kamieniu ukryty był rdzeń z kroplą krwi Draakgarda. Tutaj widzę większy problem.
Przerwał, ponieważ drzwi za tronem otworzyły się i stanęła w nich królowa Alandra w srebrnej sukni sięgającej do kostek. Była w wieku swojego męża. Miała tak samo długie jak król, lecz złote włosy oraz zielone oczy. Zamknęła drzwi za sobą i usiadła na drugim tronie obok Elvarisa.
Już jestem. Czego się dowiedziałeś? Zapytała. Mąż w kilku zdaniach streścił jej naszą ekspedycję.
Kur*a mać! Zaklęła zaciskając dłonie na wyściełanych podłokietnikach. W tym kamieniu nie tylko była krew Draakgarda. Osobiście sprawdzałam, a wiecie że mam uzdolnienia w tym temacie. W samym centrum widniał kawałek kamiennej skóry legendarnego smoka.
Źle, bardzo źle. Odpowiedział nasz władca z posępną mią.
Wygląda na to, że będziemy wszyscy musieli ruszyć do twierdzy Alegrii. Nie obwiniam was, to nie wasza wina. A ty Alandro co o tym sądzisz?
Czytasz mi w myślach. Uśmiechnęła się lekko królowa. To kiedy wyruszamy?
Natychmiast. Nie daruję tym ch*jom. Warknął król chwytając za miecz.
Tym czasem z krzesła, o którym wszyscy zdążyliśmy już zapomnieć dobiegł zduszony jęk.
No i mamy jeszcze to. Powiedział Elvaris wpatrując się w więźnia. Wszyscy skierowaliśmy na niego wzrok. Niczym się specjalnie nie wyróżniał, lecz miał na ubraniu wychawtowany symbol. Symbol Werewolfsyre. Symbol, którym posługiwała się Alegria.
Żołnierz Alegrii, tak? Zapytał Jason.
Dokładnie. Alandra wyjęła ze schowka w podłokietniku mananeta.
Musimy go dokładnie przebadać. Dodała wypuszczając z kuli stworka, który w niej siedział.
Delaazard! Zasyczała fioletowa, unosząca się w powietrzu salamandra po wyjściu z kuli.
Nie, błagam tylko nie to! Wrzasnął więzień szarpiąc się na krześle.
A zatem wiesz, jak silne są toksyny Delazzarda. Świetnie. Zdradzisz nam informacje o pułapkach w waszej twierdzy?
Nigdy! Wolę umżeć! Wychrypiał żołnierz.
A zatem dobrze. Delazzard, zacznijmy może od toksycznego ogona, dobrze? Zapytała trenerka stworka.
Dela zzard! Ochoczo skinął głową trujący manamon. Podleciał do więźnia i zamachnął się świecącym fioletowym blaskiem ogonem. Dotknął skóry zchwytanego, ale jeszcze nie rozpoczął dozowania dawki trucizny.
To jak będzie? Zapytał król.
Nic! Wycharczał żołnierz z wyrazem przerażenia na twarzy.
Kochanie, czyń honory. Uśmiechnął się podle król.
Świetnie kochanie. Z nieustępliwą miną odpowiedziała jego żona. Delazzard, mała dawka!
Stwór wbił delikatnie koniec ogona w skórę więźnia, aplikując mu kilka miligramów toksyn. Mężczyzna wrzasnął z bólu. Trucizna już zaczynała krążyć po jego krwiobiegu.
Nadal podtrzymujesz swoje zdanie? Zapytał Elvaris.
Tak! Zajęczał torturowany.
Zatem, zwiększamy dawkę, prawda Delazzard? Zapytała Alandra.
Dela! Kiwnął głową jej manamon wbijając ogon nieco głębiej.
Nadal się upierasz? Zapytał król.
Tak! Odparł więzień. Sytuacja ciągnęła się przez dobrą godzinę. Wkońcu poważnie zatruty, czujący truciznę niemal wszędzie żołnierz cichym, znękanym szeptem udzielił nam potrzebnych informacji.
I nie mogłeś zrobić tego wcześniej? Zapytała królowa gestem nakazując swojemu stworkowi wyciągnąć ogon. Żołnierz tym czasem dyszał ciężko, bardzo ciężko.
Co teraz z nim zrobimy. Leczymy go, czy zabijamy? Zapytał władca.
Głosuję mimo wszystko za zabiciem. Może nam zagrozić. Powiedziałem.
Popieram. Odparł Jacob.
Ja tak samo. Dodała Alandra.
My także. Żekła reszta naszej grupy.
Ja także tak myślę. Zakończył król przypieczętowujoc los złapanego.
Błagam, błagam! Wyżęził z trudem więzień.
Przykro mi. Jadowe cięcie! Zawołała Alandra. Delazzard błyskawicznie zamachnął się ociekającymi czarnym jadem pazurami na szyję mężczyzny. Jeszcze tylko bulgoczący wrzask i głowa torturowanego potoczyła się po podłodze.
Więc mamy go z głowy. Wezdchnęliśmy z ulgą. Król tym czasem zaniósł zwłoki do lasku za zamkiem. Tam Leonatary, Jakzeomy i inne stwory już miały posiłek. Wystarczyło kilka minut by po dowodzie rzeczowym nie pozostała nawet kropelka krwi.
To jedziemy? Zapytał Jason.
Oczywiście. Alandra wypuściła z kuli elektryczną klacz. Pegastorm parsknęła cicho, potrząsając grzywą. Wyszliśmy z zamku, wsiedliśmy na wieżchowce i ruszyliśmy, ku zemście.
Perspektywa Lucasa.
Całą grupą wyruszyliśmy w dalszą drogę.
To jakie macie manamony? Zapytała zaciekawiona Ariana gdy już ruszaliśmy.
Ten oto piesek i ona. Powiedziałem wypuszczając Leaf.
Lea fowl! Zaćwierkała ptaszyna przysiadając na ramieniu dziewczyny.
Jaki słodziak! Trenerka pogłaskała stworka po główce.
Reszta także pokazała jej swoje stworki.
A ty masz jakieś manamony? Zapytała Lily gdy już pochowaliśmy stwory do kul, oczywiście z wyjątkiem Reksa.
Ano mam. Siostra Maxa z tajemniczą miną sięgnęła do kieszeni po kulę. Błysnęło światło i przed nami pokazał się zielony lisek.
Leefox! Zapiszczał przeciągając się.
Wyciągnąłem szybko manapedię.
Leefox, manamon lis typu roślinno ziemnego. Jest to starter z Tangerii. Może przeżyć 3 miesiące tylko dzięki fotosyntezie. Jego liście zawsze są dobrze odrzywione.
Co, Sierra ci dała? Zapytałem z uśmieszkiem.
A kto inny miał by mi niby go dać? Zaśmiała się trenerka chowając stworka do kuli.
Dobra, to ruszamy, czy nie? Wtrąciła się Lilka.
Lilith, a ty jak zwykle w gorącej wodzie kąpana. Wezdchnąłem. Ja, Max i Aria zaśmialiśmy się.
Loki! Zabawnie pogroziła mi palcem kuzynka, co wywołało w nas kolejny napad śmiechu.
Wkońcu jednak zkierowaliśmy się na ścieżkę prowadzącą do Hanshy. Widzieliśmy sporo różnych stworków. Pobierające energię słońca Sapple, skaczące Taddery i Friggle, ukryte w gęstych trawach Globulary i inne.
Znowu w dziczy. Zack przetarł dłonią twarz.
Trzeba powietrze wdychać. Powiedziałem i chłopak się uśmiechmął.
Taa. Proponuję kierować się w stronę Hanshy i szybko do avalette przez przełęcz. Powiedział.
Skąt znasz te tereny? Zapytał Max.
Wiele razy tutaj byłem. Odpowiedział kródko trener.
Gdy przechodziliśmy przez błotniste bajorko Ariana pośliznęła się na kamieniu i prawie się przewruciła. Na szczęście zdążyła złapać równowagę. Przy tej okazji jednak zaóważyła coś niebieskiego wystającego z pod kamienia.
Co to? Dziewczyna, nie wiele myśląc, podniosła kamień i wyciągnęła to coś z pod owego kamienia.
Floore ptiile! Zapiszczało to coś, zwijając się w ciasną kulę.
Floreptile? Zdziwiony podniosłem brew.
Mogę go? Zapytałem Arii. Kiwnęła lekko głową i przekazała mi przestraszonego stworka. Wyciągnąłem manapedię, głaszcząc przy okazji jaszczurkę po łebku.
Floore, pisnął stworek uśmiechając się delikatnie i owijając ogon na około mojego nadgarstka.
Floreptile, manamon jaszczurka typu elektrycznego. Gdy wyczówa zagrożenie, porusza kształtami na skórze. Owa skóra może także zacząć świecić, by pomóc mu znaleść drogę, lub by zaskoczyć przeciwnika.
Skąt się tutaj wziąłeś? Zapytała Lily głaszcząc stworzenie po grzbiecie.
Floreptile to żatkie manamony. Powiedział Zack.
Tile, tile! Zapiszczała jaszczurka nagle podnosząc głowę do góry.
Floore tilee! Pisnęła ponownie kurczowo wbijając łapki w moje ramiona.
Co jest? Zapytałem cicho smyrając manamona po grzbiecie.
Z pod kamienia wyskoczyła nagle mała świnka. Zachrumkała i odbiegła, śmiesznie poruszając krudkimi nóżkami.
Co tu się do jasnej anielki dzieje? Max z niedowierzaniem popatrzył za stworzeniem.
Buppig? Zapytała Ariana. Kiwnęliśmy głową. Ja, Lilka i Zack.
To nie był koniec niespodzianek, ponieważ bagno zabulgotało i wynóżyła się z niego głowa, na której widok zacisnąłem pięści.
Jeszcze jego tylko tu brakuje. Powiedziałem z lekkim strachem.
O co ci chodzi. Przecież to zwykły dela, zaczął Zack, ale Aria szybko zatkała mu usta ręką.
Cii! Szepnęła. Później ci wszystko opowiem, ale teraz cicho, ani drgnij!
Moja kuzynka tym czasem wsunęła rękę do kieszeni, zaciskając ją na mananecie.
Co robimy? Zapytałem, ale dziewczyna tylko lekko pokręciła głową, wskazując jaszczura, wygrzebującego się aktualnie z błota. Wreszcie wzleciał na wysokość kilkunastu centymetrów, przypatrując się nam uważnie.
Delazzard! Prychnął cicho, gestem nakazując nam iść za nim.
Czego on od nas chce? Zastanowiłem się.
Nie wiem. Idziemy za nim? Zapytał Zack.
No dobra. Odparłem i ruszyliśmy za stworzeniem.
Trujący manamon zaprowadził nas na śliczne wzgórze, porośnięte wysoką trawą. Na szczycie stał stary mężczyzna z siwą brodą.
Lucas, Lily, Max, Aria? Co wy tu robicie? Zapytał z szerokim uśmiechem.
Pan Davidson? Zapytała Lily z niedowierzaniem w głosie.
Opuścił pan Conyoray? Uśmiechnęła się Aria.
Zaraz zaraz. Wy znacie tego człowieka? Wtrącił się Zack.
Taak, oczywiście. To James Davidson, kilka lat uczył nas survivalu. Powiedział Max ściskając rękę starszego mężczyzny.
AA, już rozumiem! To pana Venomander się przemienił, tak? Zapytałem.
Tak. Odparł James z szerokim uśmiechem. Tropimy aktualnie Shadowów, Tomash dał nam pewne zadanko.
I jak idzie? Zapytała zaciekawiona Lily.
EEh, długo by mówić. Tak w skrócie, to nie jest źle. Mój manamon was poznał gdy odpoczywał w błocie, poinformował mnie i was zaprowadził. Powiedział pan Davidson.
Wie pan może skąt tu się wziął ten maluch? Zapytałem wyciągając ramiona z Floreptilem, który uciął sobie drzemkę.
Ahh taak. Pan James widocznie posmutniał. Ten maluszek nie miał łatfego życia. Najpierw został odrzucony od matki, Glimerodo zawsze po pewnym okresie czasu nakazują dzieciom już żyć na własną rękę. Potem złapali go kłusownicy i trzymali tydzień w starej szopie. Wkońcu go uwolniłem, tamci kolesie już siedzą za kratami. Ale widzę, że ciebie polubił. Dodał po chwili Davidson.
Ahh tak. Powiedziałem do stworka, który otworzył oczka.
To chciałbyś iść ze mną? Zapytałem.
Flore! Pisnął radośnie energicznie kiwając główką. Zeskoczył mi z ramion i wlazł do kieszeni, z której po chwili wyciągnął mananeta. Sam go otworzył i zniknął w środku.
Witaj w drużynie, będziesz się nazywać Flash. Powiedziałem z szerokim uśmiechem, chowając kulę z nowym przyjacielem do kieszeni.
Zapraszam was do mojego domku, powspominamy stare czasy. Powiedział pan Davidson, a my z chęcią przystaliśmy na jego propozycję.

6 komentarzy

  1. I w Kwensette i Tangerii dzieje się dużo.
    Lucas będzie mieć glimerodo i nie powinien tego żałować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *