Wyznania, creepy pasta.

Od autora.
Sceny znajdujące się w tym opowiadaniu mogą być nieodpowiednie dla osób w każdym wieku. Czytasz na własne ryzyko.

Moja historia jest bużliwa. Tródna oraz ciężka do opowiedzenia. Ale postaram się, chcę ją opowiedzieć. Chcę to z siebie wyrzucić. Po tylu latach muszę się oczyścić. Muszę zrozumieć samego siebie. A być może ktoś zrozumie mnie.
Przy narodzinach nazwali mnie Aleksander. Rozwijałem się normalnie jak każdy chłopiec. No może troszkę szybciej. W wieku dwóch lat potrafiłem już biegać, a czterech całkiem nieźle muwić.
Moje dzieciństwo wspominan ciepło. Dobrze. Podstawówka, gimnazjum, w reszcie szkoła średnia i pierwsza praca. Do czasu.
Poznałem ją w podstawówce. Ekstremalna introwertyczka. Była bardzo podobna do mnie. Też nie przepadałem za imprezami, rzekami alkocholu czy tłumami ludzi. Nie oznacza to oczywiście, że nie lubiłem sobie czasem zaszaleć, jeśli wiecie, o co mi chodzi.
Tak więc poznaliśmy się w podstawówce. Miała bardzo nietypowe imię, zwłaszcza w Polsce. Infra.
Nigdy wcześniej, ani później nie poznałem nikogo o tym imieniu. Jej rodzice chcieli, by była wyjątkowa na jakiś sposób. Częściowo się im to udało, można powiedzieć. Ale ja nie o tym.
Początkowo nasza relacja była bardzo niestabilna. Nieufność i lekki strach przed nieznanym, by przeradzać się w koleżeństwo, przez przyjaźń po bardzo głęboką, zażyłą relację. Ale nie, nie miłość. Traktowaliśmy sie raczej jak rodzeństwo, którego nie mieliśmy.
Razem przebrnęliśmy przez podstawówkę, gimnazjum i liceum, by rozejść się dopiero na studiach. O ile mnie interesowała historia, ją ciągnęło do geografii. Więc chociaż studiowaliśmy na jednym uniwersytecie, to nie spotykaliśmy się tak często w czasie zajęć.
I tutaj muszę przejść do chyba najboleśniejszego wspomnienia z mego życia. Gdy miałem 20 lat. Była zimowa noc, a ja wracałem właśnie od przyjaciela lekko podpity. Nie chciało mi się przechodzić całej, całkiem długiej trasy do domu, więc postanowiłem wybrać krudszą drog, która obfitowała niemal tylko w ciemne uliczki oraz ślepe zaułki. Jak tego żałowałem. Żałuję do dziś.
Z domu Wiktora wyszedłem mniej więcej o trzeciej w nocy. Lekko chwiejnym krokiem zacząłem kierować się ku memu domowi przez ową trasę. I to tam moje życie odmieniło się o 180 stopni.
Tak, wiem jak to zabrzmiało. Bardzo tandetnie i fałszywie, ale tak niestety było. Otóż, gdy przechodziłem przez jedną z wyjątkowo ciemnych ulic, świecąc sobie latarką w telefonie poczułem ostry, piekący ból w krzyżu.
Obróciłem się gwałtownie, spodziewając się, sam nie wiem czego. Może żula z ostrym odłamkiem szkła po ztłuczonej butelce wódki? Albo bezdomnego, agresywnego psa? Nie wiem. Ale na pewno nie spodziewałem się tego, co zobaczyłem.
Wysoki, blady jak śmierć mężczyzna właśnie brał zamach pięścią po raz drugi, by wyprowadzić cios, teraz zkierowany centralnie w mój splot słoneczny. Za pewne chciał mnie ogłuszyć, by potem mieć łatwiejszy dostęp. Uchyliłem się, a on z wściekłym krzykiem zaatakował moją szyję, która właśnie wysunęła się z okrywającego ją szalika. Musiało się to stać wtedy, gdy się odwracałem, a szalik zahaczył o gwóźdź, wystający ze ściany jednego z bocznych domów.
Nie zdążyłem nic zrobić. Zaatakować, obronić się, albo chociaż, uchylić. Otworzył usta, z których wysunęły się 2, długie, białe kły, które wbiły się w skórę na moim gardle.
Wiem co sobie teraz pomyślicie. Chyba sobie stary żartujesz! Przecież wampiry nie istnieją! Też tak myślałem. Nie wierzyłem w duchy, demony czy magię, ale to, to był namacalny dowód na to, że te stwory, albo przynajmniej jakaś ich część, istnieją.
Gdy tylko nieznajomy wgryzł się we mnie, poczółem taki ból, jak nigdy wcześniej. Całe ciało wydawało się obrzmiałe, obce, jakieś, dziwne. Ale prawdziwy ból odczuwałem w ugryzionym miejscu. Coś, jak byście wsadzili rękę w płomienie i trzymali. Trzymali, nie zwarzając na ból, na popażenia i niszczejące tkanki.
Chciałem wrzeszczeć. Wyrywać się. Ale nie mogłem. Moje ciało było zparaliżowane, podtrzymywane chyba tylko siłą jego szczęk.
Trwało to wieczność, nim nieznajomy mnie puścił. Upadłem na bruk. Lodowato zimne kamienie przyniosły mi częściową ulgę. Widziałem pod półprzymkniętymi powiekami, że nieznajomy oddala się, uprzednio ukrywając długie kły.
Nie wiem, ile tak leżałem, ale obstawiam, że kilka godzin to minimum. Czułem w sobie dziwne zmiany. Ból, pustkę, która wypełniała się na nowo jakąś inną wersją mnie. Praktycznie identyczną, a tak odmienną.
Gdy w końcu przestałem czuć odrętwienie i ból, wstałem, udając się do domu. Jeszcze mieszkałem z rodzicami, którzy jednak nie traktowali mnie jak małe dziecko. Lecz mogli się zacząć już zamartwiać, bo do domu dotarłem dopiero na dwudziestą.
Po szybkim przywitaniu pobiegłem do łazienki, do lustra, by obejżeć ranę i w razie potrzeby ją zabandarzować.
Początkowo myślałem, że ten, kto mnie ugryzł, to był zwykły wariat z plastikowymi kłami wampira ze sklepiku wszystko po pięć złotych. Lecz gdy tylko doszedłem do lustra miałem ochotę płakać.
Moja skóra zbladła. Niemal tak, jak tamtego nieznajomego. Po ugryzieniu nie było już niemal śladu. Tylko dwie, maleńkie blizny. Oczy, wcześniej ciemnobłękitne teraz stały się głęboko błękitne, jak czysta woda. Czarne włosy zpływały teraz na blade ramiona. Wtedy to poczułem, że nieznajomy nie był zwykłym wariatem, lecz czymś, innym. Czymś, czego początkowo nie chciałem nazwać, lecz fakty były niezaprzeczalne. Nieznajomy był wampirem.
Nie wiedziałem, czy chciał mnie wyssać i coś poszło nie tak, może i z mojej winy, czy specjalnie postanowił ztworzyć nowego, podobnego sobie. Nie miało to teraz znaczenia. W tamtej chwili bałem się, że poczuję głód krwi, i nic mnie nie powstrzyma, by wypić swoich rodziców, znajomych i wielu innych ludzi.
Starałem się ukrywać swoje nowe oblicze. Przy tej okazji pragnę wam coś powiedzieć. To, że wampira rani słońce i nie znosi on czosnku, srebra albo świętości to tylko mit. Zajadałem się czosnkiem, opalałem na słońcu i normalnie chodziłem do kościoła bez problemów.
Wszystkich zdziwił fakt mojego nagłego zbladnięcia. Infra nie odstępowała mnie niemal na krok. Tłumaczyłem im, że moja przypadłość to wynik złego samopoczucia a później, gdy trwało to zbyt długo jak na zwykłą chorobę, informowałem ich, że zachorowałem na jakąś dziwną chorobę, powodującą wybielenie skóry.
Uwierzyli, bo co mieli zrobić. Żyłem tak, prawie normalnie jeszcze dobre pół roku. Praktycznie wyparłem z umysłu tamto zdażenie oraz fakt, że jestem potworem.
Jak mam być z wami szczery, sam zaczynałem wierzyć, że to wszystko tylko mi się zdawało, a ja na prawdę poprostu zachorowałem na jakąś długą, przewlekłą chorobę.
I nadszedł pierwszy głód. Dobrze, że w lesie. Akurad spacerowałem sobie po lasku przy wsi, na której mieliśmy wykupioną działkę, gdy poczułem coś, dziwnego. Jakby olbrzymie pragnienie. Lecz gdy napiłem się wody uczucie nie zniknęło. Wtedy popadłem w panikę wiedząc, co to oznacza.
Udało mi się złapać małego jelonka. Moja szybkość, siła i generalna kondycja poprawiły się. Bez większego problemu mogłem teraz nosić pięćdziesięcio kilogramowe ciężary, co za problem więc było utrzymać tego zwierzaka.
Nie chciałem tego robić, ale musiałem. Otworzyłem usta i pierwszy raz wysunąłem kły. Poczułem ostry nacisk, gdy się wyżynały. Bez zastanowienia wbiłem je w szyję stworzenia, wysysając jego krew w kilka sekund.
Ten smak, to było najlepsze, co kiedykolwiek miałem w ustach. Przy tym smaku, nawet najwykwintniejsza potrawa smakowała jak guwno.
Gdy zaspokoiłem głód, odrzuciłem zwłoki do rzeki i wróciłem do domku, rozmyślając o tym, co właśnie zrobiłem.
Na szczęście głód nie zdażał się specjalnie często. Mniej więcej raz na miesiąc. Myślę, że pierwszy opóźniał się tak dla tego, że organizm musiał się przystosować do nowej sytuacji, ale nie wiem.
Na wszelki wypadek, starałem się ze sobą nosić wszędzie butelkę krwi. Zwykłą, litrową butelkę po napoju, wcześniej jednak dokładnie przemytą. Nie wiecie, jak obrzydliwie smakuje krew zmieszana z cukrem, albo z czym kolwiek, prucz wody. Nie chcecie wiedzieć.
Starałem się jak najbardziej ukrywać moją, przypadłość. Uciekałem się nawet do barwienia krwi na niebiesko barwnikami spożywczymi. Co prawda miała potym paskudny, goszki smak, ale nie chciałem utracić przyjaciół. Zwłaszcza Infry, która martwiła się o mnie bardzo, sama zaniedbując samą siebie.
Tłumaczyłem jej, że jest dobrze, lecz mało ją to przekonywało.
Gdy natomiast byłem w samotności, piłem czystą krew, bez żadnych dodatków. Oczywiście zwierzęcą. Nigdy jeszcze nie tknąłem człowieka.
Dostęp do krwi miałem dość łatwy. Dziadek był żeźnikiem. Wystarczyło więc tylko podkradać krew zwierząt, którą zawsze trzymał w wielkiej chłodni za domkiem na działce, na którą starałem się jeździć jak najczęściej, tłumacząc to złym samopoczuciem i stresem, oraz chęcią odwiedzania rodziny. Robiło to zauważalną przyjemność dziadkom.
Lecz w końcu, półtora roku po zdażeniu nadszedł dzień, gdy Infra dowiedziała się o wszystkim. Było to bardzo, niefortunne zdażenie. Poszliśmy akurad do tego samego lasku przy działce, gdysz moja przyjaciółka prawie zawsze jeździła ze mną na działkę.
Wtedy to poczółem głód. Chciałem wyciągnąć butelkę z wcześniej przygotowaną krwią, ale ze przerażeniem odkryłem, że jej nie wziąłem. Musiała zostać na stole w kuchni, gdy pakowałem plecak.
Byłem przerażony. Wiedziałem, że jeśli się nie napiję, to w najgorszym wypadku wyssę swoją bratnią duszę, a tego nie chciałem. Musiałem więc zrobić coś, co zrobiłem wcześniej tylko raz, pamiętne półtora roku temu w lesie.
Na oczach Infry zaczaiłem się, złapałem małego zajączka i wgryzłem się w niego, wysuniętymi z ust kłami. Dziewczyna stała w osłupieniu, patrząc na to wszystko z przerażeniem. Była niemal skrajnie przerażona.
Początkowo chciała uciekać. Uderzyć mnie plecakiem i wrzeszczeć, albo coś innego, lecz spokojnie złapałem ją za rękę, wyjaśniając całą sytuację. I tak nie było już co ukrywać faktów. Były niezbite.
Na samym początku nie chciała mi uwierzyć, tłumacząc wszystko chorobą, lub głupim żartem, Lecz gdy pokazałem jej kły w całej okazałości i zademonstrowałem drobny pokaz siły, uwierzyła.
Uspokoiłem ją, że nigdy nie skrzywdził bym człowieka, i że zwyczajowo pijam krew tylko tych zwierząt, które zażyna dziadek. Większość tego i tak była marnowana, poprzez wylewanie do ścieków.
Uwierzyła. Nie miała innej opcji. I co mnie jednocześnie zaskoczyło i ucieszyło, postanowiła to zaakceptować. Zadawała też pytania o znane wszystkim mity, które obaliłem wcześniej. Zrozumiała, że moja dziwna bladość jest skudkiem właśnie tego pierwszego ugryzienia.
Mijał czas, a ja już nigdy nie popełniłem tego błędu z zostawieniem butelki gdziekolwiek. Nosiłem ją przy dupie niczym najcenniejszy skarb. Co prawda i tak zamierzałem wyznać Infri całą prawdę, lecz nie w takich okolicznościach.
Gdy mieliśmy 22 lata wyznałem jej miłość. Czułem to już od dawna. Od kilku lat, lecz jakoś nie odważyłem się jej tego powiedzieć. Kamień spadł mi z serca gdy okazało się, że miłość jest odwzajemniona. I tak Infra została moją pierwszą i jedyną za razem dziewczyną.
Kilkanaście dni później zmarł mój dziadek. Opłakiwałem go goszko, ponieważ bardzo go kochałem. Miałem z nim same dobre wspomnienia. Niemal codziennie jeździliśmy z rodzicami oraz oczywiście Infrą do babci, by ją pocieszać i poprostu z nią być. Podniosła się po tym, lecz już nigdy nie była taka sama.
I nie, nie chodziło o głupią krew. Tę zacząłem poprostu kupować. Taka kupna krew była obrzydliwa przez dodane do niej związki chemiczne, ale miałem to w dupie. Postanowiłem sobie, że już nigdy więcej nie skrzywdzę żywego stworzenia.
Pewnego dnia, jakieś 3 miesiące po śmierci dziadka, moja dziewczyna zadała mi pytanie, czy wampiry są nieśmiertelne. Szczerze muwiąc nie wiedziałem tego i nie miałem jak tego sprawdzić, więc odpowiedziałem jej poprostu że nie wiem. Wtedy ona zrobiła coś, co wprawiło mnie w totalne osłupienie. Powiedziała, że nie chce mieć nigdy nikogo innego. Żew chce ze mną spędzić nawet wieczność, dzielić ze mną to przekleństwo. Muwiąc w prost chciała, bym ją przemienił.
Początkowo kategorycznie odmawiałem. Nie chciałem skazywać nikogo, zwłaszcza tak blizkiej mi osoby na taki los. Ona była jednak jak zawsze nieugięta i oznajmiła, że jeśli tego nie zrobię, to rozpowie wszystkim to, kim albo też czym jestem i udowodni to.
Nie chciałem jej wierzyć, lecz w końcu zgodziłem się. Zapytałem ją jeszcze raz, czy jest tego pewna. Nadal była.
Oznajmiłem jej, żeby się położyła na plecach i podniosła głowę do góry tak, żeby odsłonić gardło. Zrobiła to, ale widziałem po niej, że jest przestraszona. W oczach jednak widniała tylko pewność i miłość do mnie.
Napiłem się jeszcze krwi, bo czółem zbliżającą się żądzę i zacząłem się zastanawiać, jak to się właściwie stało, że tamten nieznajomy nie wyssał mnie, tylko przemienił w podobnego sobie potwora.
Już miałem powiedzieć Infri, że nie umiem tego zrobić, lecz poczułem w sobie jakąś pradawną wiedzę, w której między innymi zawierała się informacja o tym, jak się przemienia w wampira, a nie wysysa.
Zapytałem ją jeszcze raz, czy jest pewna swej decyzji. Nadal była. Powiedziałem więc, że chociaż tego nie chcę, to to będzie bardzo bolesne. Zacisnęła tylko oczy.
Pochyliłem się i po raz pierwszy i jedyny wbiłem wysunięte właśnie kły w ciało człowieka.
Nie, krew ludzka nie smakuje wcale lepiej od zwierzęcej. To wsumie taka sama krew. To też jest mit z tym, że wampiry tylko wysysają ludzką posokę. Śmiem twierdzić, że jest gorsza przez wszystkie chemikalia, które przyjmuje człowiek. To, co poczułem po wgryzieniu się w Infrę, to było tak, jakbym połączył z nią swój umysł. Nie byłem pewien, czy przepływające myśli należą do mnie, czy do niej.
Nie zastanawiałem się jednak i pchany pradawnymi informacjami wbiłem kły prawie do końca. Przekręciłem głowę, przytrzymałem dziesięć minut i puściłem, wyciągając kły z jej szyii.
Widziałem, że dzieje się z nią to, co działo się wcześniej ze mną. Jak dawno to mi się wydawało teraz, po tych za ledwie kilku latach.
Infra leżała w bezruchu nadal z zamkniętymi oczami, co jakiś czas przez jej ciało przechodził dreszcz. Cała krew ze skóry odpływała, zostawiając jedynie czystą biel.
Siedziałem przy niej cały czas. Czekałem, aż ten koszmar, w którym teraz trwała się zakończy. Czekałem, aż wydobrzeje. Po mimo zmęczenia (nie, wampiry muszą spać, jeść i wykonywać te wszystkie czynności) nie odstępowałem jej na krok.
Wreszcie się doczekałem i moja ukochana otworzyła oczy. Wcześniej i tak już jasnozielone, jak trawa wiosną, obecnie niemal białe. Pomogłem się jej podnieść. Jej długie, bląd włosy opadały obecnie na śnieżnobiałe ramiona. Była tak podobna do mnie i niepodobna do siebie, a za razem praktycznie identyczna, jak przed przemianą. Wyjaśniłem jej, jak to teraz będzie. Nauczyłem kilku prostych trików. Pomagałem jej we wszystkim, czego potrzebowała.
Byłem przy jej pierwszym głodzie, który zdażył się mniej więcej wtedy, kiedy mój. Dałem się jej napić świerzej, słodkiej krwi kaczki, którą udało mi się odkupić od znajomego. Potem dałem sprubować tej napakowanej chemią i zgodziła się ze mną, że nie jest zbyt dobra, ale wystarczająca.
Oświadczyłem się jej kilka dni po pierwszym głodzie. Ze łzami w swoich pięknych oczach powiedziała tak, przyjmując złoty pierścionek z czarnym jak noc kamieniem. Czułem się wtedy niemal jak Bóg.
Pobraliśmy się praktycznie od razu po oświadczynach. Ślub wzięliśmy oczywiście kościelny. Znajomi tylko kiwali głowami gdy się dowiedzieli, że jesteśmy zaręczeni. Od dawna czuli, że tak się to zkończy. A nam to oczywiście w pełni odpowiadało.
Następny miesiąc spędziliśmy we Włoszech. To były jedne z najszczęśliwszych chwil w moim, jak i w jej dotychczasowym życiu. Lecz gdy wracaliśmy, miałem wrażenie, że gdzieś w tłumie mignął mi ten, od którego wszystko się zaczęło. Muwiąc prościej, powód mojej przemiany. Wampir, który mnie ukąsił.
Wtedy też postanowiliśmy poszukać głębiej informacji o krwiopijcach. W śród setek legend miejskich, mitów i bajeczek udało nam się natrafić na prawdziwego wampira, niejakiego Władysława. Umuwiłem wizytę, na którą pojechaliśmy na dzień następny.
Gdy dotarliśmy na miejsce, Władysław już tam czekał. Ubrany w idealnie wyprasowany, czarny garniturek, kontrastujący z białą skórą. Gdy wytłumaczyliśmy mu, po co się z nim spotykamy, poprosił o pokazanie dowodu na to, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Wystarczyło, że pokazaliśmy kły, a zaprowadził nas do PZW.
Tutaj tak naprawdę zaczęliśmy nabierać prawdziwych informacji o naszej rasie. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że krwiopijców w naszym kraju jest asz tak dużo. Oczywiście skutecznie się kamuflowali, gdy była taka potrzeba, ale mimo wszystko widok kilkuset wampirów to coś, co warto było zobaczyć.
Polski Związek Wampirów przyjął nas z otwartymi ramionami. Zaczęli nas po woli wtajemniczać w sekrety i tajniki życia krwiopijcy. Część z tych informacji postanowiłem przekazać także tutaj, by rozwiać znane i nieznane mity.
Otóż, jak wcześniej pisałem, wampira nie rani słońce, świętość, czosnek czy drewniane kołki, aczkolwiek jak chodzi o czosnek mniej więcej 25% z nas za nim poprostu nieprzepada, tak poprostu. Część co prawda jestuczulona, ale to nie jest wynik wampiryzmu, mogę was zapewnić. Wampir jest nieśmiertelny do czasu, gdy ktoś go nie zabije, co też nie jest takie proste. Krew jest nam potrzebna tak, jak człowiekowi woda, tylko w mniejszych ilościach. Wampir ponad to ma zwiększoną odporność na obrażenia, szybciej goi rany, no i jest szybszy i silniejszy od zwykłego człowieka. Nadal obowiązują go jednak zwykłe prawa życia.
Pokazali nam tam też, że wyjątkowo krwiste kawałki mięsa całkiem skutecznie zmniejszają, albo kompletnie hamują nadchodzący głód. Może wyda się wam to dziwne, ale wcześniej z obrzydzeniem patrzyliśmy na takie mięso. Gdy jednak poznaliśmy jego walory postanowiliśmy się do niego przekonać. Ostatnia rzecz. Wampir nigdy w życiu nie wypił by człowieka. Przynajmniej wampir należący do PZW. Jeśli ktoś by się o tym dowiedział, taki krwiopijca był by stracony. Kompletnie. Ludzką krew mogliśmy przyjmować tylko wtedy, jeśli wymagała tego sytuacja. Np w obronie własnej.
Tak mijał nam czas. Jako dość aktywni członkowie PZW poszukiwaliśmy młodych krwiopijców, proponując im członkostwo. Kilkanaście razy w ciągu tamtego czasu widziałem mojego ztwórcę. Zapytałem Grześka, naszego prezesa o tamtego wam pira, dokładnie go opisując. Wyjaśnił mi, że to Zbyszek. Wampir, który dawno już odłączył się od związku, na własną rękę tworząc nowe potwory z ludzi, którzy w jego oczach powinni nimi z jakiegoś powodu zostać.
Prubowałem go odnaleść, lecz drań zaszył się gdzieś. Infra starała mi się pomóc z grupą przyjaciółek. Poznanych zaruwno w normalnym świecie, jak i z naszego kręgu. Sam miałem kilkunastu zaufanych znajomych. Lecz nasze wysiłki były raczej marne.
Prawda też jest taka, że sam nie wiedziałem, co zamierzałem zrobić po znalezieniu Zbyszka. Pobić? Porozmawiać? Zabić? Albo zapytać dla czego? Nie wiedziałem. Myślałem, że wyjaśni się to, gdy go spodkam.
Nasze poszukiwania trwały, jednak nie przynosząc znaczących efektów. Spotykaliśmy się w głównej siedzibie PZW dość często. Nie, nie powiem wam gdzie to jest. Po pierwsze jestem zobowiązany tajemnicą związku, a po drugie ta informacja nie jest wam do niczego potrzebna. Jeśli staniecie się krwiopijcą, wtedy zapraszam. Z pewnością ktoś wam pomoże.
Jako co raz starsi członkowie związku dowiadywaliśmy się ciekawych faktów. Istniała część wampirów, którzy nawet żywili się ludźmi bez skrupułów. To przez nich nasz gatunek ma tak zszarganą reputację. Jak dla nas, ludzka krew jest nawet gorsza od zwierzęcej przez to, ile jemy chemii i ile jej też używamy. Skąd to wiem? Dowiedziałem się podczas przemieniania mojej dziewczyny.
Ale nie tylko dla tego nie pijemy krwi ludzi. Są też względy moralne. Po co mamy zabijać nie winnych, którzy nic nam nie zrobili? Sytuacja oczywiście wygląda inaczej, gdy ktoś by mnie zaatakował, albo gdybym spodkał na ulicy gwałciciela, dokonującego właśnie aktu zbrodni, czy kogoś podobnego. Wtedy za pewne bym go zabił. Czy wypił, tego nie jestem wam w stanie powiedzieć. Człowiek czy tam wampir w takich chwilach działa pod wpływem impulsu. To on dykuje nam, co mamy zrobić, a nie nasz rozsądek.
Trochę skaczę z tematu do tematu, ale chcę zachować ciągłość zdażeń. W wieku dwudziestu sześciu lat miała miejsce moja pierwsza, poważniejsza walka, i to z przedstawicielem naszego gatunku. To wryło mi się tak w pamięć, że potrafię sobie przypomnieć tę scenę nawet z zamkniętymi oczami. Bez żadnego problemu, te obrazy przesuwają mi się po prostu pod powiekami, niczym film, który znamy niemal na pamięć, ale i tak go oglądamy, dla przyjemności.
To był siedemnasty lutego, 2015 roku. Wracałem właśnie z pracy, gdy zobaczyłem kątem oka w ciemnej uliczce wysokiego, bladego mężczyznę, który właśnie pochylał się nad leżącym, na oko dziewiętnastoletnim chłopakiem.
Bez zawachania pobiegłem tam. Może było to głupie, lecz nie mogłem patrzeć na to, jak młody jest wysysany. Tak po prostu, brutalnie wysysany.
Wampir na mój widok tylko zplunął, przynajmniej odwracając uwagę od leżącego. Wdaliśmy się w dośćbrutalną walkę. Gdybyśmy byli tylko ludźmi, nasze ciosy szybko doprowadziły by do poważnych, a może i śmiertelnych obrażeń. Ciało wampira jest jednak na tyle dziwne, że nie jest możliwe np podbić krwiopijcy oka, czy doprowadzić do guza albo siniaka. Złamania? Owszem, jak najbardziej, ale te podstawowe obrażenia w naszym przypadku poprostu należało wykluczyć.
Mój przeciwnik wcale nie był słaby. Zgaduję, że miał za sobą dziesiątki, jak nie setki lat doświadczeń, po mimo wyglądu mniej więcej czterdziestolatka. Nabrałem się na to samo w związku. Grzegorz liczy sobie dokładnie tysiąc sześćset dwadzieścia siedem lat, a z twarzy nie dał bym mu więcej niż trzydzieści pięć, no może czterdzieści pare.
Początkowo, co mnie zdziwiło, to ja miałem przewagę. Udało mi się przycisnąć rywala do ziemi po jego uwczesnym podcięciu w banalny sposób. Jednak gdy już leżał, a ja przyciskałem mu kolano do gardła szarpnął się mocno, uderzając mnie prosto w nos trzema, szybkimi i piekielnie silnymi ciosami, które zwykłemu człowiekowi conajmniej ztrzaskały by doszczętnie nos oraz uszkodziły kość czołową. U mnie zpowodowały tylko ostry, piekący ból.
Rozsierdziłem się wtedy straszliwie. Wrzasnąłem – uciekaj – do leżącego chłopaka, który jednak nadal leżał, ale z osłupieniem wpatrywał się w naszą bujkę.
– Nie, odbierzesz, mi, posiłku! – Wrzeszczał wampir, okładając mnie pięściami. W odwecie udało mi się przerzucić go przez plecy niczym w grze "mortal combat", oraz doprowadzić do drobnego zadrapania na jego prawej ręce. Wysączyło się z tamtąt kilka kropel ciemnoczerwonego płynu, więc miałem rację.
Po chwili jednak rana zniknęła. Szybkie gojenie ran.
Dla niewtajemniczonych, krew wampira ciemnieje z wiekiem. Młode wampiry mają posokę koloru bardzo jasnej czerwieni, jak wiśnie, podczas gdy wiekowi krwiopijcy krew mają ciemnoczerwoną, jak sok malinowy. Jego krew była gdzieś po środku tego bilansu, więc miał mniej więcej trzysta pięćdziesiąt lat.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam większych szans, ale chciałem tak długo zajmować go walką, żeby jego niedoszła ofiara zdążyła spierdolić z tamtąt. No i mi się to udało. Chłopak w końcu wstał i wziął nogi za pas, wrzeszcząc przy tym jak syrena.
– Przez ciebie straciłem posiłek. Teraz, zginiesz! – Syknął krwiopijca, prubując uzyskać dostęp do mojego serca. Nie pozwoliłem mu na to jednak, celnym kopniakiem w kark posyłając jego głowę kilkanaście centymetrów do tyłu. Cios był na tyle silny, że z jego ust wypadło kilka połamanych zembów, w asyście kałuży ciemnej krwi.
I ponownie, normalnego człowieka mogło by to zabić, a przynajmniej ciężko okaleczyć. Jednak to nie było prawie nic dla wampira. Po mniej więcej minucie jego zemby się zregenerowały, jak wcześniej zadrapanie na ręce.
Nie wiem, ile się tak napażaliśmy. W końcu jednak zacząłem się męczyć.
Prubowałem to ukrywać, lecz mój rywal zaczął to w pełni wykorzystywać. Zadawał co raz to silniejsze i szybsze ciosy. Żebra łamał mi już niemal co chwilę, a ich regeneracja kosztowała coraz więcej energii. W końcu gdy pomyślałem, że już będzie po mnie, zobaczyłem biegnącego Ludwika. Jednego z moich bliższych znajomych z PZW.
– Kurwa. Co tu się odpierdala! – Przywitał nas Ludwik wkraczając na pole walki. Mojego oponenta na tyle to zdziwiło, że na chwilę zaprzestał masakrowanie mojego ciała.
– Skąt, skąt ty tu? – Wycharczałem zpluwając jasną posoką.
– Słychać was na kilometr. Wrzaski, krzyki, przekleństwa, masz szczęście, że akurad przechodziłem by kupić trochę krwi. – Wyjaśnił.
– Znam cię! – Krzyknął wrogi wampir celując palcem w mojego kumpla, który tylko wystawiłkły.
– Wiesz, kto to? – Zapytałem.
– Oczywiście. Plugawy Ireneusz. Co Irek, jak ci się żyje na ludziach po wygnaniu? – Zapytał kpiąco.
– Nie twoja sprawa, co robię, pomiocie diabła. – Wysyczał tamten.
– Co on takiego odpierdolił? – Zdziwiony zapytałem Ludwika.
– Ehh. Długa historia. W skrócie, w ukryciu żywił się ludźmi. Sześćdziesiąt lat temu został przyłapany i wygnany. Głosowaliśmy, by go zabić, ale miał skubany dobrego adwokata. Pięćdziesiąt lat mordował ludzi w ukryciu. – Zplunął Ludwik.
– A tobie powiem tylko jedno. Jeśli jeszcze raz ciebie zobacze na oczy, to pozbędę się. – Powiedział jeszcze do Ireneusza, który na to odbiegł, wygrażając nam.
– Dzięki. Już było ciężko. – Powiedziałem gdy szliśmy do siedziby.
– Spoko. Nie tylko ja mam ochotę go zajebać. Jak widać dalej poluje na ludzi, co daje nam powód do jego ścigania. – Odparł kolega zapalając papierosa.
Infra nie była delikatnie muwiąc zadowolona, gdy dowiedziała się o wszystkim. Najpierw mnie zwymyślała, a potem mocno przytuliła. Wsumie dzięki tej, sytuacji, udało się złapać Ireneusza. Tym razem nic mu nie pomogło i został unieszkodliwiony w najgorszy dla wampira sposób, czyli odcięcie głowy.
Wydażenie to mimo wszystko mną wstrząsnęło. Z jednej strony nie chciałem śmierci nikogo. Lecz z drugiej wiedziałem, że nieraz jest ona nieunikniona, a sprawiedliwość należy wyznaczyć cienką linią.
Następne miesiące były dość monotonne, to też nie będę bez sensownie zapełniać miejsca na tych kartkach. I tak nie ma go zbyt wiele, a do opisania nadal mam dużo.
Niedługo po tym zaczęliśmy myśleć z żoną o dziecku. Z jednej strony Nie chciałem przekazywać tego przekleństwa dalej, z drugiej strony jednak razem z Infrą mażyliśmy o potomku. Aż w końcu się udało. Postanowiliśmy, że jednak chcemy mieć dziecko.
Zdrowy i silny Karol urodził się dziesięć miesięcy po zapłodnieniu. Normalny czas ciąży wampirzycy. Mały był praktycznie nie do odróżnienia od normalnego człowieka. Tylko dwa, maleńkie kły, oraz bielsza niż normalnie skóra zdradzały, kim, albo też czym jest. Rósł prawidłowo. W wieku pięciu lat posłaliśmy go normalnie do przedszkola, wcześniej ucząc jak poradzić sobie z głodem. Był pojętnym chłopcem, więdz szybko zrozumiał co i jak ma robić.
Powracając na moment do poszukiwań mojego stwórcy, sprawa częściowo się ruszyła. Zauważono go kilka razy w typowych miejscówkach krwiopijców w Polsce. Ale bywał tam tak krudko, że gdy szliśmy do ostatniej lokalizacji, on już był gdzie indziej.
Czy bał się ze mną spodkać? Czy wogóle pamiętał, co mi zrobił? Dobre pytanie. Często je sobie zadawałem gdy rozmyślałem o wszystkim.
Następne miesiące i lata były w miarę spokojne. Wyjeżdżaliśmy w różne miejsca świata, poznając tamtejszych krwiopijców. Najdłużej przebywaliśmy w Japonii w Kioto, gdzie zaprzyjaźniłem się z młodym, niedawno przemienionym Hiragumą. Całkiem zabawne wydawały mi się teraz jego pytania, które sam zadawałem wcześniej. Wydawało mi się to teraz bardzo odległą sytuacją, z pogranicza prawdy i fałszu.
Nasz synek poszedł do pierwszej klasy, by potem zakończyć po ośmiu latach szkołę podstawową, następnie średnią, a potem studia. To wydawało się ledwie błyskiem. Najpierw ledwo gawożył, a tu już pracował.
Jest wiele ciekawych sytuacji, które chciałbym opisać, ale poprostu nie ma na to czasu i miejsca. Więc przejdę od razu do najboleśniejszego wspomnienia. To stało się tak niedawno.
Miesiąc temu, dokładnie dwieście trzydzieści lat po przemianie odnaleźliśmy Zbyszka. Jakby sam czekał na to, aż zrobię ten pierwszy krok. Poprosutu stawił się w siedzibie PZW i siedział tak, puki razem z Infrą i Karolem nie weszliśmy do budynku.
Na asz widok wstał z krzesła i podszedł, z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Witaj Aleksandrze. Wybacz za tę, zwłokę. – Powiedział wyciągając dłoń.
– Zwłokę! Człowieku. Zamieniłeś moje życie w, – Zacząłem, lecz wampir mi przerwał.
– Zamieniłem twoje życie na lepsze. Nie musiż się martwić o to, że się zestażejesz, że zachorujesz, że się zranisz, wyczułem w tobie potencjał. Jak widać, nie myliłem się. Okazujesz się być doskonałym krwiopijcą. – Muwił cicho.
– Za jaką cenę! – Odparłem ostro.
– Nie wielką. Czy wielkim problemem jest dla ciebie, wypić trochę krwi co jakiś czas? – Zapytał tak spokojnie, że miałem go ochotę poprostu udeżyć. Ten jego uśmieszek, ton głosu, wszystko doprowadzało mnie niemal do szału.
– Powiedz mi tylko jedno. Dla czego ja? Dla czego my! – Krzyknąłem.
– Jak już muwiłem, przemieniam tylko tych, którzy na to zasługują. A ty, z pewnością zasługiwałeś i nadal zasługujesz. ktoś taki jak ty tylko wzmacnia nasze szeregi. Czasem warto poświęcić siebie dla dobra reszty, nie prawda? –
– Może i tak. Ale mimo wszystko nie mogę zrozumieć tego, co takiego we mnie widziałeś przy podejmowaniu decyzji. –
– Chcesz to wiedzieć? Proszę bardzo. Spryt, odwaga, a przede wszystkim dobro. Nigdy nikogo nie skrzywdziłeś, nie podniosłeś na nikogo ręki, przed przemianą. –
– Skąt to niby wiesz? –
– Swoje, obiekty wybieram bardzo starannie. Opserwuję je jakiś czas, żeby się upewnić, czy są odpowiednie. Jeśli tak, zaczajam się w miejscu, gdzie nikt nam nie przeszkodzi, i dokonuję przemiany. Jeśli nie, no cuż. – Wzruszył ramionami.
– Ilu już tak, przemieniłeś? –
– Przed tobą czy po tobie?
– I tak, i tak! – Krzyknąłem. Nerwy zaczynały mi już po woli puszczać.
– No cuż. Policzmy. Kilkadziesiąt po tobie i kilkaset przed tobą. W ciągu mojego długiego życia spodkałem się już z wieloma typami osobowości. Na podstawie mojego doświadczenia wybieram nowe obiekty. Sam zostałem przemieniony przez mistrza. Mistrza, który miał ten sam zaszczytny cel. Mistrza, który poległ, walcząc z grupą silniejszych. Teraz, żeby czcić jego pamięć, powielam jego dzieło. Robię dokładnie to, co on. –
– Jesteś, jesteś jakiś szalony! –
– Oh nie. Nie. Daleki jestem od szaleństwa. Samotny, rozbity, a nawet zgoszkniały. Tak, te cechy opisują mnie, całkiem dobrze. Ale możesz mi wierzyć, szaleństwo nie jest mi bliskie. –
– Ale, – Zacząłem, gdy nagle drzwi budynku otworzyły się z trzaskiem, a do środka wtargnęła grupa wampirów. Na ich czele stał. Ireneusz.
– Jak! Jak ty żyjesz! – Wychrypiałem patrząc na kogoś, kogo myślałem, że uśmiercono. Widziałem jego egzekucję!
– Ha ha ha ha ha ha. Myślisz, że dałbym takim nieudolniaczkom jak wy się złapać? Podstawiłem wam fałszywkę. Mojego brata. Przynajmniej na coś się przydał. – Zaśmiał się gardłowo.
– Czego teraz chcesz? – Zapytałem dość spokojnie.
– To proste. Bardzo proste. Twojej śmierci! – Wrzasnął doskakując do mnie i obnażając kły.
– Nie! – WrzasnąłZbyszek skacząc w jego kierunku. Wampiry rozpoczęły walkę, którą jednak wygrał Ireneusz, przewracając przeciwnika na ziemię.
– Pamiętaj o! – Zacharczał Zbyszek. – Były to jego ostatnie słowa, których nawet nie dokończył. Ponieważ właśnie wtedy, kiedy to muwił, Ireneusz poprostu oderwał mu głowę i rzucił w moim kierunku.
Uchyliłem się, patrząc na głowę wampira. To prawda, nie darzyłem go przyjaźnią czy czymś podobnym, ale to, to była zupełnie inna sprawa. Nie miałem jednak czasu zareagować, ponieważ właśnie oddział krwiopijców pod dowództwem Irka. Rzucił się na Infrę i Karola.
Walczyli dzielnie. Chciałem im pomóc, lecz ten skurwiel złapał mnie bez większego wysiłku i unieruchomił.
– Patrz. Patrz i zapamiętaj śmieciu, jak kończą ci, którzy nadepnęli mi na odcisk! – Syczał przez zaciśnięte zemby. A ja patrzyłem. Patrzyłem, jak łamią kości mojego syna kostka po kostce. Patrzyłem, jak wyrywają mu kończyny z korpusu. Wreszcie patrzyłem, jak rozrywają go na części.
– Nieeeeeeeee! – Wrzasnąłem z furią. Wyrwałem się z łap tego chuja i rzuciłem w wir walki. Moja siła zpotęgowana jeszcze adrenaliną wystarczyła, bym zabił trzech przeciwników i ciężko zranił pięciu innych. Lecz niestety kiedy ja walczyłem po jednej stronie, sam Ireneusz właśnie najbrutalniej jak to tylko możliwe pozbywał się mojej żony.
Niezbyt pamiętam to, co się potem działo. Mam dziurę w pamięci, po której wspomnieniem najbliższym jest to, jak leżałem przy zwłokach Infry, Karola oraz Ireneusza, którego usunąłem gołymi rękami. Goszkie, wielkie łzy bez przerwy kapały z moich oczu na ciała moich najbliższych. Utraciłem sens życia i wiedziałem, że nie pozbieram się po tej tragedii. Zastanawiało mnie tylko, kto zabił Infrę, oraz jakim códem rozerwałem, do słownie rozerwałem Ireneusza na pół.
Dochodzę do czasów obecnych. Właśnie siedzę przy stole w naszym domu, zapisując ten zeszyt. Obok mnie stoi kielich, wypełniony jedyną i za razem najgorszą trucizną działającą na wampiry. Strychniną.
Nawet niewielka jej ilość, która znalazła by się w krwiobiegu wampira zniszczy go w ciągu kilku następnych godzin. Im więcej substancji, tym szybsza śmierć.
Właśnie biorę kielich do ręki. Kilka łez zkapuje na kartki. Podnoszę kielich do ust, zamykam oczy, przywołując z pamięci twarze Infrii oraz Karola, otwieram szeroko usta, przytykam do nich zimne szkło kielicha, wypijam wszystko, przełykam, odrzucam naczynie.
Czuję truciznę penetrującą moje ciało. Za chwilę to wszystko się zkończy. Za chwilę znów zobaczę swoich bliskich.

Podnoszę ze stołu zeszyt, pokryty plamkami ciemnej krwi. Nie chcę, nie mogę patrzeć na ciało Aleksa leżące na ziemi. Był dobrym przyjacielem. Był dobrym ojcem, mężem, oraz członkiem PZW. Dopilnuję, by pamięć o nim nigdy nie przygasła. Przynajmniej, w naszych kręgach. Grzegorz.
Dopisałem tę ostatnią linijkę w zeszycie. Czułem, że muszę to zrobić, by zakończyć całą tę historię. Z bólem musiałem się pogodzić z odejściem Infrii, Karola, i wreszcie Aleksandra. Przemienionego za młodu, zagubionego w społeczeństwie, do którego nigdy nie chciał trafić. Ale kto chciałby? Powiem wam coś w sekrecie. Nieśmiertelność to najgorsza kara, z którą musimy się zmagać.
Zostawię ten zeszyt gdzieś, gdzie będzie mógł znaleść go ktokolwiek inny. Być może przestrzeże on innych przed tymi z nas, którzy polują na ludzką krew. Być może zostanie uznany tylko za marną, straszną historyjkę, nic nieznaczącą creepy paste. Ale może to i lepiej?

9 komentarzy

  1. Aa, dzięki i jeszcze zastanawia mnie ten wampir. Mam jedną teorie, ale nie wiem czy pasóje akurat do tego i podoba mi się opowiadanie

  2. W sumie zastanawia mnie jego jakby szybsze dorastanie. Może na początku coś się jakby w nim budziło, a tylko ugryzienie wampira pomogło mu w tym? Może zła teoria

  3. Dzięki. @Adam no, takie drobne nawiązanko, bo czemu by nie? Na mtv już wysłałem nawet. Miałem kilka drobnych inspiracji, ciekawe, czy ktoś zgadnie z czego.

  4. Sory, za komentarz, ale nie miałam słów . Świetne jak mówią poprzednicy. Masz talent 🙂

  5. To, jest, świetne! To, musi, pójść, na, Mysterytv albo przynajmniej do Krystjana Kiesia

  6. Muzga? Daaaaaawaj muzga! Czy to że chce mi się śmiać po przeczytaniu świadczy o mojim zpierdoleniu? I z całym szacunkiem do patesa, bo pasta wykurwista, ale mnie śmieszy, i kojarzy z muzga? Daaaaaawaj muzga xd. I pewni do jakiejś 2:00 będę się śmiał z tego xd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

EltenLink