Narodziny bestii cz1, creepy pasta.

Witam! Po długiej przerwie od pisania prezentuję mały projekcik. To tylko rozgrzewka.

Głośne pikanie urządzeń. Swąt spalenizny, krzyki ludzi, totalny chaos i panika. Sami byli sobie wszystkiemu winni. Muwiłem im. Nie zaczynajcie grzebać zbyt głęboko, bo zakończy się to właśnie tak, jak wygląda to teraz.
Sam nie mam zbyt wiele czasu. Pokoik, w którym się zabarykadowałem już jest po woli forsowany. Przez popękane szybki w drzwiach widzę już szponiastą łapę zaglądającą do środka. Słyszę ryk stworzenia, które pragnie zakosztować ludzkiego mięsa jeszcze choćby raz. Nie wystarczy mu, że nasycił się setkami innych. ON nie ma granic. ON chce dostać to, na co ma ochotę. Zawsze.
Jeśli ktoś się za pyta, po jakiego chója siedzę zamknięty w pokoiku i bazgrzę jakieś literki w edytorze tekstu zamiast wypierdalać to powiem to tak. Moje chwile są już i tak policzone. Tak się składa, że jestem na wyspie. Małej, raczej omijanej przez wszystko i wszystkich wyspie, a nie umiem pływać. Znaczy umiem, ale nie w pieprzonym Pacyfiku.
Może códem te notatki ocaleją i ktoś je znajdzie. Może kogoś nurtuje sprawa, czemu wszystko tutaj jest zrujnowane? Czemu wygląda to tak, jakby wybuchła tutaj wojna, albo i jeszcze gożej? Jeśli są tacy, to pragnę zaspokoić ich ciekawość. Przynajmniej odsuwam od siebie te trujące myśli o nieuchronnej śmierci.
Żal mi rodziny. Żal mi żony, z którą nigdy nie będę mógł już porozmawiać, przytulić się czy nawet, kurwa, wypłakać się jej na ramieniu. Żal mi mojej Elaine.
Tak samo żal mi naszych códownych dzieci, Damiana i Nicole. Mam nadziję, że Eli podniesie się po tym wszystkim jakoś, a moje brzdące wyrosną na silnych, mądrych ludzi, którzy nie wsadzą łapsk tam, gdzie ich debilny tatuś. Mogłem się wycofać wcześniej. Ale nie. Po co ocalać życie. Lepiej zniszczyć siebie, przy okazji okoliczne tereny, a na deser doprowadzić do wyniszczenia swojej rodziny.
Dobra. Za dużo tych sentymentów. Może lepiej przejdę od razu do wyjaśniania o co tutaj tak naprawdę chodzi. Tylko zobaczę kto czai się przy wejściu, bo ON gdzieś sobie poszedł. Chyba.
No dobra. Jakiś cód. Mój wieloletni przyjaciel Mark przeżył masakrę. Przepraszam. Żyje dalej w samym środku i właśnie jest teraz tutaj ze mną. Utracił tylko całą lewą rękę i prawe oko. To i tak nie źle zważywszy na fakt, że ludzie na zewnątrz utracili o wiele więcej.
Więc tak. Kilka lat temu, gdy rozpoczęła się wojna w Syrii kilka państw w ukryciu wysłało swoich posłów, którzy mieli wyrazić swoje zdanie na temat wojny. Ktoś, już nawet nie pamiętam kto, bo to najmniej ważne wpadł na pomysł, by zakończyć tę wojnę najszybciej, jak to będzie możliwe, a przy okazji zapobiedz przyszłym konfliktom. W jaki sposób? Tworząc super żołnierzy. Czemu nie roboty? O maszyny trzeba dbać. Czyścić, zasilać, programwać, naprawiać. Takie biologicznie wytworzone mutanty nie będą wymagały tego wszystkiego. Wpoi im się najważniejsze wartości jeszcze na etapie produkcji. W geny.
Ten plan spodkał się z wielkim aplauzem i zpodobał się prawie wszystkim. Prawie. Ja, reprezętujący Hiszpanię, oraz ambasadorzy Francji, Polski i Czech odrzucili ten pomysł. Ale w końcu jest pierdolona demokracja i głosem większości zabrano się do pracy.
Ktoś odnalazł bezludną wysepkę na oceanie Spokojnym, na której znajdował się jakiś opuszczony budynek. Za pewne bunkier po wojnie. Nadawał się jednak do wykożystania go w roli laboratorium, to też w niespełna półtora roku do placówki przymusowo przeprowadzili się ambasadorzy, plus kilkuset naukowców zapatrzeni w projekt jak Narcyz we własne odbicie.
Prace postępowały dość szybko. Używaliśmy totalnie niebezpiecznych i eksperymentalnych technologii tylko po to, by ukończyć pracę jak najszybciej i jak najlepiej. Klonowanie, powielanie komurek czy mutowanie to była podstawa.
Braliśmy DNA od wszystkiego. Człowieka, kota, psa, mrówki, by wytworzyć idealne połączenie. Takie, dzięki któremu powstanie żołnierz idealny, w założeniach mający walczyć za nas i na o wiele mniejszą skalę tak, by nie dokonywać bezużytecznych destrukcji i strat dla gospodarki walczących państw.
Czy to ktoś w piekle nam sprzyjał, czy faktycznie nasz zespół był wyjątkowo zdolny, tego nie wiem. Ale pierwsze wyniki osiągnęliśmy w ciągu dwóch lat, co było bardzo dobrym wynikiem. Udało nam się wytworzyć całkowicie nowy kod genetyczny, którego wcześniej nie znał nikt. Nie podlegał on zasadom kodów istniejących w naturze. Można go było do woli łączyć, rozłączać, czy modyfikować.
Euforia naukowców była olbrzymia. Już mieliśmy testować ten kod. Wstrzyknąć go np myszy w formie takiej, która umożliwi zapłodnienie. Wtedy jednak ktoś nieostrożny wywołał pożar całej placówki. Zginęła dobra połowa naukowców i ambasadorów. Dziwnym trafem jednak wszystkie projekty ocalały.
Odbudowaliśmy to co jeszcze się dało, topiąc resztę gruzu w oceanie. Pracowaliśmy, jakby nic się nie stało, chociaż oczywiście wolniej.
Wcześniej nasz dzień pracy wyglądał prosto. 10 godzin pracy, później jak ktoś miał blisko, mógł wracać do domu. Ja akurad byłem jednym z tych szczęściarzy.
Po mimo tego, że mi zabroniono, wyjawiałem wszystko żonie prosząc o dyskrecję. Tak jak i ja, Elaine była bardzo zaniepokojona tym, co się tam działo. Po pożarze, już nie było mowy o powrotach do domu. Mogliśmy wracać tylko w święta, a pracowaliśmy do upadłego, by zrekompensować stratę tamtych ludzi.
Pomimo wyczerpania, znużenia i pustki w głowach w końcu wytworzyliśmy pierwszą ampółkę zpreparowanego kodu w formie nici DNA, które mieliśmy wstrzyknąć myszy.
Oczywiście początkowo gryzonie albo zdychały, albo poraniały, a w ich ciałach zachodziło do dziwnych i nieodwracalnych, często kończących się śmiercią zmian. Myśleliśmy jednak, że to norma.
Dobra. Widzę, że bateria za chwilę się wyczerpie. Po kolejnych latach charówki w końcu udało się nam wykonać preparat, który pozwoli zapłodnić człowieka. Taki był nasz ostateczny cel, nim mutanci mieli by się rodzić w maszynach.
Piętnasta pruba zakończyła się powodzeniem. Do eksperymentów braliśmy ludzi takich, którzy i tak nie mieli już miejsca w społeczeństwie. Mordercy skazani na dożywocia, bezdomni czy alkocholicy.
CDN.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

EltenLink