Witam witam i o zdrowie pytam! Przed wami tekst, o którego napisanie zostałem poproszony, tudziesz nominowany już jakiś czas temu, no ale, wszyscy wiemy jak działa i jak wygląda wena, to też zajmuję się tym, kiedy ona jednak zamierza jakoś być. Aha, wszystko na proźbę czy też polecenie Zuzy. Mówisz i masz.
Przetarł dłonią czoło, niemal ociekające potem. Piętnasty dzień żeglugi, piętnasty dzień skwaru lejącego się z nieba, niczym na Saharze. Nie takie jednak rzeczy przetrwał on jak i jego załoga. Wieloletnia, morska praktyka tylko hartowała ciało, jak i ducha. A każdy kolejny wypad hartował tylko bardziej i bardziej. Uśmiechnął się pod wąsem, machinalnie poprawiając czapkę, nie wymagającą poprawiania. Odkąt pamiętał, zawsze był związany z morzem, tak jak i jego rodzina od wielu pokoleń. Praktycznie każdy z ich rodu był, jak to nazywali dzieckiem fal, heroldem okrętów, światłem latarni.
Z zamyślenia wyrwał go głos sternika, po którego twarzy widać było narastające znużenie. Henryk nie dziwił mu się wcale a wcale. Taka pogoda nie jednego potrafiła położyć, nawet i trupem.
– Kapitanie, zbliżamy się do celu! – Oznajmił chłopak, mocując się z kołem.
– Doskonale. Doskonale. – Zamruczał kapitan.
Od pewnego czasu byli na tropie uważanego przez wielu innych żeglarzy, piratów, czy zwyczajnych morskich wilków wraku. Legenda głosiła, że wiele, wielęset lat temu, niezwykle chciwy pirat, któremu bardzo się powodziło płynął tymi wodami, z okrętem wyładowanym złupionymi bogactwami. Był ścigany przez kilka, jak nie kilkanaście statków ludzi, którzy chcieli się go po prostu pozbyć. Zatopić okręt, załogę, a skarb wziąć dla siebie. Wedłóg legendy, morska walka zbudziła śpiącego w podwodnej jaskini potwora, demona, wersji było wiele, który to pożarł nieszczęsnego grabieżcę, wyłuskał jego pomagierów, natomiast sam wrak zgruchotał i zostawił na dnie, gdzie miał spoczywać po dziś dzień, z całą zawartością. Potwór zaś, od feralnego spotkania miał już nie spać, lecz czychać na każdego śmiałka, chcącego złupić ów skarb. Istota ta więc stała się swego rodzaju strażnikiem tajemnicy oraz zagarniętych dóbr.
Przez wiele lat nikt nawet nie myślał o tym, by udawać się w tamte strony. Ludzie albo byli strachliwi, nie chcąc kusić pradawnego zła, czającego się w morskich głębinach, nie wierzyli w istnienie bestii i skarbu, lub też uważali, że lepiej dmuchać na zimne. Fakt faktem, jakieś wyprawy w tamte strony się robiło, lecz nikt nic nie znalazł. A ci, którzy niczego nie znaleźli znikali bez śladu. Nikt nie brał tego za atak złej siły, albo przynajmniej większość nie brała z prostej przyczyny. Tamtejsze okolice roiły się niemal od rekinów i piranii, więc nawet i legenda o morskiej bestii nie wzbudzała tyle strachu. A każdy, zaprawiony kapitan wiedział, że nawet najbardziej przygotowana załoga może paść pod naporem tych drapieżnych ryb. Gożej, jak pojawiał się węgorz, rażący nieszczęśników swoją mocą. Temu też nikt nie zapuszczał się w tamte strony.
Henryk jednak postępował inaczej. Zlecenie jest zlecenie, a on nigdy nie odmawiał sobie kolejnej podróży. Każdy najmniejszy pretekst, bodaj przewiezienie listu od jednego zakochanego do drugiego było dobre. Nawet, jeśli nie przynosiło specjalnie wysokiego zysku. Najbardziej liczyła się możliwość wypłynięcia, ponownego skosztowania morskiej bryzy, ponownego ujżenia potęgi żywiołu, fal, ujżenie szybujących, śnieżnobiałych mew. Mógł tak wyliczać i wyliczać, a pewnie napisał by kilka tomów opasłej księgi.
Otrzymał jednak zlecenie, by udać się w tamte strony. Zlecenie nie od byle kogo, bo sam król Hiszpanii poprosił go o to. Podobno, znaleziony skarb chciał przeznaczyć dla dobra państwa, ale tutaj akurad Henryk nie wierzył mu ani ksztynę. Jak bowiem władca był skory zapłacić aż 100000 lśniących, złotych talarów, choć wiedział, że ekspedycja mogła się nie udać? Po za tym, nie od dzisiaj załoga "Niebieskiego smoka", tak bowiem ochszczono statek kapitana wiedziała, że Hiszpania była krajem bogatym, w którym wiodło się dobrze. Kapitan miał swoje podejżenia, ale wolał zachować je dla siebie.
Sam Henryk zaś, nie dawał wiary w ową historyjkę. Tfardo stąpał po ziemi. A jedyne, w co wierzył, to w morskie fale i ewentualną śmierć. Tak zawsze mawiał, i między innymi za to był tak szanowany przez załogę.
Płynęli już 20 dni. I choć nie chciał przed sobą tego przyznawać, od jakiegoś czasu, zaczął odczówać pewien rodzaj niepokoju. Prubował sobie wmawiać, że to przez pogodę, gorsze dni, niepewność, lecz po twarzach innych członków ekspedycji dostrzegał napięcie. Nie wiedział, czemu aż tak przejmuje się tym wszystkim. Ale choć był niewierny, niczym Tomasz, to miał świadomość tego, że w każdej historii może kryć się ziarno prawdy. A czasem, to ziarno nie jest zaczątkiem pięknej jabłoni, a trującego chwasta, pasożyta.
Oczywiście, jak na dobrego przywódcę przystało ukrywał przed innymi swoje lęki, śmiejąc się, pijąc i gawędząc z innymi. Chciał w ten sposób podnieść ich morale, usunąć złe myśli, ale samemu także się ich wyzbyć. Może i częściowo mu to wychodziło i wiedział, że gdyby nie on, pośród załogi mógłby zacząć pojawiać się poważny niepokój, to ludzie i tak chodzili spięci, niechętni, bojaźliwi, nie spali po nocach, mało jedli, czy rozmawiali.
– Czemu mnie to tak przejmuje? – Pytał często samego siebie wieczorami, gdy leżał w hamaku, patrząc w rozgwieżdżone niebo. – Nigdy nie miewałem aż, tylu myśli. –
– Chłopcy, zbliżamy się do celu! – Oznajmił gromko, zauważając małą, skalistą wysepkę, przy której miał znajdować się wrak. – Potrzebuję dwóch nurków. Dwóch śmiałków, którzy są gotowi zejść w dół i zbadać sprawę. Dwóch bohaterów, którzy są gotowi rozwiać plotki o morskiej bestii! – Tymi słowy prubował po raz kolejny zachęcić swoich ludzi do działania.
Przez długi czas panowała cisza. W końcu, nerwowo szurając stopami, na przód wysunęło się dwóch mężczyzn. Zwinni, szczupli, opaleni i zahartowani. Tak możnaby opisać braci bliźniaków Pawła i Gawła. Pływali z Henrykiem od piętnastu lat i zawsze byli mu wierni. Tak jak i on czuli zew fal, zew przygody. Nigdy nie przepuszczali dobrej okazji.
– Jesteśmy gotowi, kapitanie! – Odkrzyknęli. Choć starali się brzmieć pewnie, wilk morski zdołał wyczuć drżenie w ich głosach. Niepewność, a nawet lęk.
– Świetnie! Osobiście postaram się, by wasze imiona zostały zapisane w historii jako tych, którzy obalili prastarą opowiastkę, wymyśloną przed wielu laty, by zniechęcać nas, zahartowanych, do pływania w te okolice! – Zawołał, na co odpowiedzieli mu wyraźnie rozluźnionymi twarzami i dłońmi.
– Dobra. Wszystko pewnie wiecie, bo omawialiśmy to 1000000 razy. Powtórzę jednak jeszcze raz. Jak zejdziecie w głębiny bądźcie ostrożni. Gdybyście napotkali jakiego rekina, piranię albo, ugh, węgorza, to bez litości. Zakłujcie harpunami, zasztyletujcie, co uważacie za słuszne. Gdyby było ich zadużo, to po prostu spierdalajcie. Pociągniecie za linki przy hełmach, to was wyciągniemy. Znajdziecie coś, też szarpnijcie, sięgniemy hakami, wyciągniemy, co należy i oczywiście nie zapomnimy o was. A gdybyście jednak polegli pamiętajcie, że stoczyliście pojedynek z godnym przeciwnikiem, z samym Morzem. Zrozumiano? – Zapytał, na co usłyszał 2, wyraźnie żywsze okrzyki.
Wszystko potoczyło się szypko. Wszak mięli to wytrenowane do perfekcji. Z pomocą dwóch marynarzy i majtka, Henryk wydostał z pod pokładu 2 kombinezony nurkowe z pełnym wyposażeniem, które to następnie nałożyli na wilki morskie. Następnie, sam kapitan osobiście doposażył ich w broń i latarki, jeszcze raz życzył powodzenia, a potem, a potem, nurkowie po spuszczonym na tę okazję do wody trapie udali się w morze, pogrążając się w kryjącej wiele sekretów wodzie.
Cała pozostała załoga stanęła w milczeniu, spoglądając w morską toń. Przez chwilę widać było jeszcze kręgi na wodzie, w której zniknęli śmiałkowie, lecz po chwili, wszystko się uspokoiło i woda była głatka, jak za zwyczaj.
– Ciekawe. – Niskim barytonem odezwał się 1 z rzeglarzy, machinalnie poprawiając nie wymagającą tego koszulę.
– Co masz na myśli? – Zapytał Henryk. Od kąd dwójka jego zaufanych ludzi wyruszyła na śmiałą misję czuł się, niepewnie. Choć starał się wyglądać na tfardą skałę z zewnątrz, w środku holernie martwił się o tych ludzi. Byli jeszcze młodzi, zdrowi, pełni energii i zapału. Nieee. Przecież to wszystko to tylko legenda, opowieść. Za jakiś czas, nurkowie powrócą z tym, po co właściwie tu przybyli, a "Niebieski smok" opuści te rewiry, by już nigdy tu nie wrócić.
Co właściwie podkusiło go by przyjąć to zadanie? Zdawał sobie zdanie zarówno z ironii sytuacji, jak i z własnej hipokryzji i zmiany stosunku do tego wszystkiego. Ale im dłóżej znajdowali się przy tej małej, kamiennej, bezludnej wysepce, tym dłużej w serca wkradała im się lodowata łapa strachu, która po woli się zaciskała, niby sieci morskiej bogini Ran, zbierającej brawurowych ludzi morza, lub tych, którzy z własnej głupoty pchali się w paszczę lwa.
– Czuję, że to wszystko zakończy się, nieciekawie. – Myśli kapitana przerwał głęboki głos jedynej kobiety z załogi. Saphire stała nad nim, wpatrując się, jak on w głębiny. Poruszający się na jej szyji, smoczy emblemat prawie idealnie zgrywał się z ruchem drobnych fal, a drobne, acz mocne dłonie zaciskała na drewnianej barierce relingu.
Sama Saphire była dla Henryka, i nie tylko dla niego wielką ciekawostką. Normalnie praktycznie żaden okręt, kursujący w dalekie krainy, tymbardziej piracki, czy korsarski nie przyjmował na pokład bab. Ile to się mawiało, że takie tylko nieszczęścia przynosiły na pokładzie. Cuż. Przynajmniej ta konkretna udowodniła, że albo plotka, jak wiele innych jest totalną nieprawdą, albo, że w stadzie białych owieczek trafi się ta czarna, inna. Kiedyś, wyśmiana przez Jerzego, brata Henryka, bez słowa przeszła do czynów. Siniaka po jej prawym sierpowym mężczyzna obnosił jeszcze przez dobre kilka dni. Innym znów razem, bez wahania rzuciła się w morze, by ratować kilku pechowych rzeglarzy podczas sztormu. Mimo wszystko, największym czynem było, Henryk nie hciał sobie o tym przypominać. Niemniej jednak, po tym wszystkim nie mógł jej odmówić miejsca na łajbie.
Ciekawe było jednak to, że kobieta skutecznie unikała informacji o swojej przeszłości, o czymkolwiek, co wiązało się z jej przeszłością. Mężczyzna nie naciskał. Wszak wielu z zahartowanych, morskich wilków przeżyło swoje. Jedni znosili to lepiej, inni gożej. Pytana jednak o cokolwiek związanego z okresem z przed spotkania, zaciskała usta, a jej lewa ręka machinalnie ściskała zawieszkę na szyji, której pochodzenie też było nieznane. Nikt nie znał nawet jej prawdziwego imienia, więc z powodu koloru oczu, zamiłowania do morza oraz zawieszki, przedstawiającej niebieskiego gada, została ochszczona Saphire.
– Też mam złe przeczucia. – Odparł Henryk cichym szeptem. – Początkowo, to nawet nie wierzyłem. Ale teraz już sam nie wiem, ile z tego wszystkiego jest prawdą. –
– Mimo wszystko, nie bądźmy czarnowidzami. Nie straszmy reszty, bo wpadną w popłoch. – Odparła, tak samo cicho.
– Coś długo nie wypływają! – Ozwał się po dobrej godzinie sternik, co jakiś czas sprawdzający, czy linki są odpowiednio napięte. Na szczęście były.
– Nie wpadajmy w panikę. Jeszcze kilkanaście minut, i, – Zaczął Henryk, lecz po chwili musiał przerwać.
W głębinie coś się zakotłowało. Usłyszał znajomy szczęk, informujący o granicy naprężenia linki nurka, po chwili coś się zakotłowało, woda zagotowała się, niczym w olbrzymim kotle, a po kolejnych sekundach, z wody, po woli zaczął wynużać się 1 z braci nurków, którego urękawiczone dłonie kurczowo ściskały kotwicę z resztą statku.
– Ciągnijcie! – Huknął Henryk, samemu podchodząc do miejsca, z którego wynużał się śmiałek.
Zarówno on, jak i kilku innych rzeglarzy zaczęło ciągnąć, co jakiś czas zaprzestając, by człowiek w środku niewpadł w horobę dekompresyjną. W końcu jednak, stopy Pawła, czy też Gawła stabilnie stanęły na pokładzie.
Henryk osobiście chciał zdjąć hełm przyjaciela, lecz on był szypszy. Gdy stalowo szklana bańka z trzaskiem udeżyła o deski pokładu, oczom wszystkich ukazała się blada, ociekająca twarz Gawła. Jego oczy, rozszeżone prawie do gnanic możliwości odsłaniały jedynie białka. Mężczyzna przez kilka chwil poruszał ustami, niczym wyrzucona na brzeg ryba, w końcu jednak zaczął krzyczeć. Krzyk ten zmroził krew w żyłach wilkowi morskiemu. Był to bowiem dźwięk, jaki ktoś wydaje jedynie wtedy, gdy czuje się maksymalnie zagrożony.
– Gaweł, Gaweł! Co tam się do holery stało! – Krzyknął mu do ucha. To widać otrzeźwiło marynarza, ponieważ po wzięciu kilku głębokich oddechów był w w stanie normalnie mówić.
– Spierdalajmy, kurwa, spierdalajmy! To, coś. Paweł, Henryk, do kurwy nędzy, odpływamy! – Bełkotał, kurczowo trzymając się ręki kapitana niczym dziecko szukające swojej matki.
– Co się tam stało, do holery jasnej! – Wydarł się w końcu drugi z mężczyzn, nie mogący znieść strachu, presji, ale także spojżenia przyjaciela.
– Tam, na dole, coś dziwnego, to kurwa prawda, – bełkotał dalej Gaweł.
Henryk zrozumiał, że i tak niczego się teraz nie dowie. Nurek był zbyt zaszokowany, by składać sensowne zdania. Coś czuł, że to się tak skończy.
– Idę to sprawdzić. Saphire, przejmujesz statek do czasu, gdy nie wrócę. – Powiedział, na co kobieta kiwnęła lekko głową.
Gdy Gawła przejęło kilku marynarzy, Henryk odziany w kombinezon, ruszył na spotkanie nieznanego. Oczywiście, załoga prubowała go powstrzymać, argumenty wilka morskiego jednak wystarczyły, by dali sobie spokój, bo i tak by z szefem nie wygrali.
Płynął przez dłuższy czas, rozglądając się na boki. Nic jednak prucz kilku ryb, gęstwy wodorostów i skał nie przykuło jego uwagi. Podwodny świat wyglądał tak, jak go zapamiętał A jednak, dalej czuł ten podświadomy lęk, strach przed nieznanym.
Mimo wszystko, choć czujny nie potrafił zobaczyć żadnej nieprawidłowości. Czegoś, co przykuło by jego uwagę, mogło by, gwałtowne szarpnięcie sprawiło, że sięgnął ręką po przytroczony do pasa harpun. Rękawica zamarła jednak, gdy spostrzegł, że to tylko wielki kłąb wodorostów, o który zahaczył. Już miał go odrzucić i iść dalej, gdy pod roślinami zobaczył coś, co zdawało się, serce Henryka zamarło, gdy rozpoznał TO coś.
Na morskim dnie, zaplątane w wodorosty leżały zwłoki Pawła. Na pewno nie żył. Ktoś, albo też coś rozdarło jego kombinezon, wyłuskując go ze środka, jak fistaszek z łupinki. Z mężczyzny i tak zostało niewiele, a jedyne, po czym rozpoznał go Henryk, to czupryna. Takich włosów na statku nie miał bowiem nikt. Choć obecnie poklejone krwią dalej prezentowały się imponująco.
Oczy wędrowca napełniły się smutkiem, gdy patrzył na szczątki przyjaciela spoczywające, samotne, na dnie oceanu. Przeżyli ze sobą tyle lat, tyle wypraw, by doprowadziło to do śmierci kompana. Lecz na tę chwilę, właściwszym pytaniem, właściwszą myślą było, co go zabiło? Co, albo też, kto?
Nie mógł być to rekin. Po ataku rekina wszystko wyglądało by inaczej. Węgoż też odpadał. Przecież dusił i połykał swoje ofiary. A za tem, co? Czyszby, nieeee.
Po raz kolejny prubował odpędzić złe myśli kotłujące się w głowie. Może to przypadek. Zawadził o coś z wystarczającą siłą, rozdarł się kombinezon, choć nie wiedział, jak wielka siła była by do tego potrzebna, a następnie zwierzęta zrobiły resztę.
Jeszcze 1 szczegół nie dawał mu spokoju. W jednej ze zmiażdżonych dłoni, Paweł kurczowo coś trzymał. Nie bez wysiłku wędrowiec rozchylił jego palce, ukazując dużą, złotą monetę.
– Skąt on to ma? – Pomyślał, przeczuwając najgorsze. – Wrak, kurwa, przecież to tylko, opowieść. Może po prostu to tutaj leżało? – Im dłużej tak myślał, tymbardziej wiedział, że to głupie. Ile monet znajduje się na dnie morza? No właśnie. Być może Paweł faktycznie odkrył wrak, zabrał to, by pokazać reszcie jako dowód? Ale po co? Przecież w razie odnalezienia wraku mieli wszystko umuwione, jaki miałby dać sygnał ktokolwiek z załogi, by poinformować resztę, żeby wyciągać. Chociaż, Paweł zawsze lubił być w centrum uwagi. I tym razem właśnie to go zgubiło.
Co tu robić. Zabrać szczątki przyjaciela i wracać? Zostawić jak jest i wracać, spierdalać z tąt? Nie. Musi pomścić śmierć towarzysza, który przecież dobrowolnie zgłosił się na to zadanie. Co powie Gaweł? Z takimi myślami ruszył dalej, docierając w końcu do czegoś, zdająceogo się być gigantycznym, omszonym kamieniem. Lecz im bliżej był tego tajemniczego obiektu, tymbardziej rozumiał, że nie jest to po prostu skała, a statek.
Wrak był wielki i po mimo upływu lat, po mimo oblepiających go skorupiaków wspaniały. Widać było, że ktoś, kto takowy statek posiadał nie należał do biedoty. Do teraz zachowały się resztki świetnych ozdób, które go pokrywały. Henryk, zbliżający się do owego reliktu czuł się dalej bardzo niepewnie.
Czy oznaczało to, że legenda była prawdziwa? A może po prostu to ziarno prawdy. Może to inny statek? Im bliżej jednak był, tymbardziej był przekonany, że TEN wrak, to TEN wrak.
Z niewielkiej odległości mógł odczytać złote litery "Luchiata" na przodzie. Mógł bezproblemu zauważyć resztki olinowania i wioseł, sterczące niby żebra kaszalota. Mógł też zauważyć szkielety załogi, albo przynajmniej ich pozostałości. Wyszczeżone czaszki, odziane w przegniłe resztki koszul torsy, wyglądające do słownie jak klatki, czy ręce, kurczowo trzymające się spruchniałych barierek.
Im dłużej stał przy tym okręcie, tym bardziej wierzył w legendę. Tymbardziej też narastał jego strach, związany z drugą częścią historii. W końcu Paweł nie żył, dowodu na to nie musiał daleko szukać. Mimowolnie zerknął na smutne szczątki nieopodal.
Mimo wszystko, postanowił zbadać statek. Zaczął go obchodzić. Galeon leżał na boku w sposób, który ułatwiał jego ewentualną eksplorację, górą zwrócony akurat w stronę kapitana, którego to ciężkie kroki miarowo udeżały o piaszczyste, morskie dno. Po całkiem niedługim czasie dotarł na tyły, gdzie aż chciał przetrzeć oczy ze zdziwienia. Oczywiście nie było to możliwe z racji jego stroju, więc tylko sapnął cicho patrząc na skrzynie. Choć skorodowały im zamki, choć wyglądały na delikatne dalej strzegły tajemnicy. Kilka z nich jednak było uszkodzonych, doskonale ujawniając sterty złota.
– Smoczy skarb. – Przemknęło mu mimowolnie przez głowę. Uśmiechnął się, myśląc o paradoksie sytuacji, gdzie jego statek nosił smocze miano.
Po chwili stania w miejscu podiął kolejną decyzję, od której zależały losy ekspedycji. Znalazł to, po co tu przybyli. Za chwilę pociągnie za linkę. Choć żal po stracie przyjaciela, to, że mógł niedopuścić do jego śmierci zawsze będą go dręczyć, odnalazł to, po co tutaj przybyli. Dlatego też, jego ręka już sięgała w stronę linki. Mimowolnie, przestąpił z nogi na nogę. Czubek jego lewego, podkutego buta udeżył w kadłub wraku, wywołując wibracje. Zamarł na chwilę, lecz nic się nie działo.
Ponownie, jego dłoń sięgnęła do linki. Jego palce dotykały jej, prawie szarpały. Lecz właśnie w tej chwili, prawie dokładnie z pod niego wystrzelił ogromny kształt, powalający go na ziemię.
Henryk poczuł cios ułamek sekundy po zauważeniu czegoś, czego nie potrafił nazwać. Ale to właśnie to coś spowodowało, że leżał teraz na ziemi, zamroczony. Chciał się podnieść, lecz ciężki kombinezon nie ułatwiał sprawy.
– Co do, – Pomyślał, gdy nadszedł drugi cios, przewalający go na bok. Wtedy to ujżał to coś w całej okazałości.
Było ogromne i pokryte dziwnie szorstką skórą. Do piero po chwili uświadomił sobie, że to łuski. Cielsko bestia miała wężowate, niczym pyton. Zwinne i giętkie. Uzbrojone w ostre pazury łapy podtrzymywały je całe. Natomiast tym, co uderzało go przez ten czas, był ogon. Długi i podobny do bicza, z rozwidlonym końcem.
Mężczyznę ogarnęło śmiertelne przerażenie. Czuł niemal emanującą z bestii pradawną siłę, i najważniejsze, czyste, zimne, czarne zło, niby atrament wyciekające przy każdym ruchu. Przez jego głowę przelatywały miliony myśli na minutę, lecz strach całkowicie przejął kontrolę nad jego ciałem i umysłem, paraliżując wszystko lepiej, niż pawulon, niż jakakolwiek z istniejących trucizn.
Nie wierzył. Nigdy nie wierzył, że stwór będzie prawdziwy. Lecz, czemu by nie miał być, skoro okręt okazał się prawdą? Po co przyjmowali tą przeklętą misję!
Resztkami sił pociągnął za linkę, do której się dostał. I dokładnie w tej samej sekundzie, olbrzymi łeb wyprysnął z wody, zatrzaskując szczęki na jego nodze. Henryk poczół potworny ból. I gdy poczół pierwsze szarpnięcie, zamarł z przerażenia jeszcze bardziej. Zrozumiał bowiem, że w tej chwili zciągnął koniec na całą swoją załogę, na cały statek.
Zaczął sunąć w górę i w górę. Prubował kopniakami drugiej nogi pozbyć się tego, co trzymało się nogi, lecz na marnę. Mógł sobie kopać śliskie cielsko do woli. Choć najpewniej z nogą nic jeszcze nie było, po za bólem, to bestia trzymała się, jak przyklejona na super glue. Już widział nad sobą niebo i statek, do którego go ciągnęli.
– Nie! – Wydarł się chrapliwie. Hełm, który miał na głowie zwielokrotnił jego wrzask, zmieniając go w zew czystej rozpaczy, pierwotnego, ludzkiego strachu. I to sprawiło, że załoga też się zawahała, gdysz przestał przesuwać się w górę.
Zobaczył wychylone głowy swoich długoletnich znajomych, towarzyszy wielu wypraw. Najwidoczniej, oni też dostrzegli już, że coś jest nie tak.
Prubował ich ostrzedz, chciał dać znać, że coś jest nie tak, zdać relację. Lecz w tej właśnie chwili bestia szarpnęła mocniej. Rozległo się trzeszczenie, a potem trzask pękającej linki. Zobaczył jeszcze przerażenie na twarzach swoich ludzi, usłyszał, że coś krzyczą, zobaczył też bardzo dziwną minę Saphire, a następnie ponownie pogrążył się w morskiej toni.
To nie był koniec jego problemów. Ogon bestii wyskoczył niewiadomo skąt, chlaśnięciem do słownie zrywając z jego głowy hełm nurkowy, który wpadł do wody. Czuł, że walka jest już przegrana, że nie ma szans na ratunek. Bestia za pewne pożre jego, a następnie, skoro już widziała innych, powróci tu, a na dno morza zawita kolejny wrak, tym razem jego statku.
– Nie! – Krzyknął ponownie. To też był błąd, gdysz przy otwarciu ust wlała się do nich słona woda. Czół jej wściekle goszki smak. Czuł, że nie ma już powietrza. Ostatnim, co poczół w życiu, był potworny ból smagającego go ogona. Następnie zapadła już tylko ciemność. Ostatnią myślą, którą miał było, "Oby oni przeżyli!"
***
– Słyszeliście opowieść o tym rozbitym statku nieopodal Szwedzkiego wybrzerza? – Zapytał Maciek, siedząc przy ognisku razem z grupką przyjaciół. Rozpoczynały się wakacje, a oni planowali wypad do skandynawii po odrobinę dreszczyku.
– Chodzi ci o ten piracki? – Zapytała Klaudia, sięgając po kolejną puszkę ze stojącego nieopodal wiadra.
– Nieee. Podobno, kilkaset lat temu, król Hiszpanii, którego imię nie jest istotne zlecił jednemu kapitanowi odnalezienie właśnie tego statku. Wedłóg opowiadań dotarł on w miejsce, w którym znajdował się stary wrak wyładowany skrzyniami ze zrabowanym złotem. Na przód wysłał dwóch nurków. 1 z nich wykradł złotą monetę z ładowni. Najpewniej po to, by pokazać ją reszcie załogi. Obudził tym jednak pradawnego potwora, strzegącego tego statku. Istota pożarła go, rozsiewając szczątki po morskim dnie. Drugiego nurka udało się wyciągnąć, lecz ze strachu, nie potrafił on opowiedzieć, co tam się stało, więc kapitan zdecydował sam zejść pod wodę i przekonać się, co skrywa morska toń. Tak jak jego przyjacielowi wcześniej, jemu też udało się odnaleść wrak. Obudzona bestia już tylko czychała na kolejne ofiary, więc wystarczyło, że zaalarmował potwora, który uczepił się jego nogi, gdy załoga wyciągała kapitana na powieżchnię. Wtedy ednak bestia zabiła tego mężczyznę, a następnie zrobiła jesień średniowiecza z jego statku i załogi. Przynajmniej załogi. Przeżyła tylko jedna osoba. Jedyna kobieta na okręcie, która wedłóg legendy wyżekła takie zdanie. "Najadłeś się, Jermungandrze, wróć więc w głębiny." Nikt nie wiedział, co się dalej z nią stało. – Zakończył chłopak.
– Sam to teraz wymyśliłeś? – Zapytał Szymon z szerokim bananem na twarzy. Znał upodobanie przyjaciela do strasznych historii i jego uwielbienie do podkoloryzowywania wszystkiego, co przeczytał.
– Słowo daję. Opowiedział mi to dziadek. Wiecie, że był bardzo powiązany z morzem i z wielkim bólem skończył przygody na statku. – Maciek prubował dowieść swego.
– Wiadomo, kim była ta baba? – Zapytała Klaudia z zaciekawieniem.
– Żadne źródła o tym nie wspominają. Dziadek mówił, że to właśnie był największy sekret. Może miała ich strzedz przed tym potworem, ale się jej nie udało? A może przeciwnie, miała ich do niego doprowadzić? –
– Nieźle opowiadasz stary. Książkę byś jakąś napisał, a nie prawisz nam tutaj takie, bajdy. – Wtrąciła się Alicja, która zawsze potrafiła obalić wszystko, co powiedział jej kolega.
– No to mam pomysł. I tak będziemy lecieć w okolice Szwecji. Może odwiedzimy to miejsce, nie mówię że będziemy nurkować w poszukiwaniu wraku. Chociaż, może? – Zaproponował z błyskiem w oku.
– W sumie, zawsze jakaś atrakcja. – Przystał szymon.
– Dobra przygoda nigdy nie jest zła. – Zgodziła się Klaudia.
– I tak nic się nie może zadziać, ale, może to być faktycznie zajebiste doświadczenie. – Alicja zwieńczyła wszystko.
Przyjaciele w kilka dni później ruszyli w nieznane, by zbadać co jest prawdą, a co tylko bajaniem. A zło, już na nich czekało. Bo ono zawsze czeka. Zawsze jest gotowe, by zagarnąć kolejnych głupców w swe szpony. Nieważne, czy niewinnych poszukiwaczy przygód, najemników, czy parszywców. Liczy się ilość, a nie jakość.
A dziękuję Zuzanno, dziękuję.
Noo… Powiem, że zaliczam. 🙂
Meeega!