W niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie ## Drzewo Wisielców, creepy pasta.

John obudził się zupełnie nagle. Nie było żadnego zdarzenia, które to spowodowało — po prostu nagle otworzył oczy. Pierwsze, co poczuł, to chłód. Penetrujący, gryzący chłód powietrza uderzającego w jego nagie ciało.
Zaraz, co? Nagie ciało?
Mężczyzna wytrzeźwiał momentalnie, zdając sobie sprawę z kilku rzeczy naraz. Po pierwsze, leżał w środku gęstego lasu całkiem sam, bezbronny i — co najważniejsze — nie wiedział, czemu tam jest. Po drugie, był całkiem nagi, i to dosłownie. Nie miał na sobie nic. To stąd brało się to zimno, wgryzające się w delikatne ciało. Po trzecie, nie pamiętał niczego sprzed pobudki. Po prostu ocknął się nagle tutaj całkiem sam, nie pamiętając niczego prócz własnego imienia. Tylko ono — John — rezonowało gdzieś w jego głowie.
Mężczyzna postanowił w końcu wstać z leśnej ściółki, na której leżał. Choć poszycie było zaskakująco wygodne, już czuł drobne sosnowe igiełki wbijające się w skórę czy małe owady szukające pożywienia. Dźwignął się więc najpierw do pozycji siedzącej, a następnie, cicho postękując, wstał.
Otaczał go z każdej strony gęsty, ciemny las. Gdzie by nie spojrzał, tam były tylko drzewa i krzewy. Gdzieniegdzie przemykały jakieś cienie — zwierzęta szukające żeru lub wracające do swych nor.
John nie potrafił pojąć, co robi w tym miejscu. Z przerażeniem zauważył, że nie pamięta nawet, kim jest albo kim był, co zaczynało doprowadzać go do lekkiego obłędu. By mu zapobiec, zdecydował się po prostu iść przed siebie, gdziekolwiek, z nadzieją, że gdzieś trafi. W końcu to nadzieja umiera ostatnia, prawda?
Las ciągnął się jakby bez końca. Był ciągle taki sam — ciemny, tajemniczy, gęsty. Niejednokrotnie mężczyzna czuł na skórze dotkliwe uderzenia gałęzi czy ostry ból wbijanej w stopę igły, lecz parł dalej, niemal ślepo wierząc, że do czegoś go to doprowadzi.
Faktycznie, stare powiedzenia mawiały prawdę. Po dość długim marszu w końcu dotarł na dużą polanę. Choć dalej było ciemno, jego oczy przyzwyczaiły się do mroku na tyle, by po konturach zauważać to, co go otaczało i co znajdowało się w niewielkiej odległości. A to, co właśnie zobaczył, sprawiło, że na chwilę się zatrzymał.
Otóż na owej polanie, po jej środku, rosło pojedyncze, wysokie drzewo. Początkowo nie wyróżniało się niczym specjalnym na tle innych, tak powszechnych w tym miejscu, lecz im bliżej John się znajdował, tym więcej szczegółów był w stanie dostrzec.
Drzewo to odznaczało się rozmiarem. O ile inne znajdujące się tutaj rośliny potrafiły być naprawdę wysokie, to ta konkretna była wręcz majestatyczna, dumnie prezentując się na tle pozostałych niczym władca. Lecz nie to sprawiło, że John otworzył usta do krzyku, a jego serce, bijące i tak dość szybko, zaczęło wybijać niezwykle prędki rytm.
Gałęzie tego drzewa były naprawdę nietypowe — długie, sękate, sprężyste, pozbawione najmniejszego listka. Nie wyglądało to tak, jakby liście opadły z nich z jakiegoś bliżej nieznanego powodu. Po prostu gałęzie były gładkie, wysmukłe, dobrze odznaczające się na tle pozostałych. Lecz nie to sprawiło, że John zaczął krzyczeć, a jego nogi spięły się do ucieczki — byle dalej, byle w busz, by ominąć to, co zobaczył.
A co takiego zobaczył? Otóż na owych smukłych, jakby martwych gałęziach, z pętlami na szyjach wisiało kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt ludzkich ciał. Wszystkie były nagie i w jakimś stopniu poranione, a na ich twarzach malowała się rezygnacja i czysty, pierwotny strach. Nie to jednak sprawiło, że John począł biec przed siebie, byle dalej od tego koszmaru. W ustach czuł już smak wzbierającej żółci, lecz żołądek miał całkowicie pusty.
To, co początkowo zdawało się sznurami zaciśniętymi na szyjach wisielców, było w istocie czymś organicznym — jakby pnączem ściśle opasającym ich szyje na wzór makabrycznej pętli. Zdawały się one wyrastać z gałęzi piekielnego drzewa i wgryzać się w ciała nieszczęśników tak, jakby drzewo żywiło się ich energią życiową, krwią, a pewnie i strachem.
Niestety dla naszego bohatera ucieczka nie zdała się na nic. Choć próbował on uciec przeznaczeniu, w końcu stało się to, co stać się musiało. Mężczyzna bowiem poczuł, że potyka się o coś leżącego w runie leśnym. Ciężko powiedzieć, czym ta rzecz była, bo mogła być wszystkim — od porzuconego pniaka począwszy, przez gałąź, aż po kłusownicze wnyki. Dość powiedzieć, że John zarył twarzą w ziemię, czując smak krwi z przegryzionego policzka. Następstwem tego był oczywiście ból promieniujący na połowę twarzy, lecz nie to było najgorsze.
Coś porwało go za nogę nagle, wyskakując z ukrycia, a raczej z gęstwiny. Swoim wyglądem przypominało gałąź lub węża, ale było w istocie giętkim, zwinnym pnączem, które teraz wytrwale ciągnęło krzyczącego mężczyznę w kierunku, z którego przyszedł. Na nic były jego krzyki, szamotanina i próby rozluźnienia uchwytu. Widocznie los tak chciał lub jakaś inna, czuwająca w tym miejscu nieczysta siła czyhała na życie nieszczęśnika.
Dość powiedzieć, że owa długa liana w końcu przywlokła biedaka ponownie pod owo drzewo wisielców — całego pokrwawionego i pokrytego drobnymi rankami. Wtedy też przynajmniej zrozumiał, czemu inne ciała znajdują się w takim, a nie innym stanie. Wracając do diabelskiej gałęzi — zaczęła ona wspinać się po nodze Johna niczym groteskowy pająk, aż dotarła do pasa, później brzucha, przez mostek, by skończyć na szyi.
Ostatnim, co mężczyzna poczuł, było powoli zaciskające się na jego szyi pasożytnicze pnącze, które powoli, acz starannie, podnosiło jego ciało lekko nad ziemię tak, by dyndał niczym kiść dorodnych bananów na drzewie bananowca. W końcu coś chrupnęło w zgniatanym karku, a z ust Johna uleciał ostatni oddech zmieszany z krwistą pianą, a jego ciało ozdobiło kolekcję drzewa.
Nie wiadomo tak naprawdę, co sprawiło, że mężczyzna znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Czy to moc owej plugawej rośliny potrafiła sprowadzać ludzi na manowce, czy był to czysty przypadek. Może też John, tak jak inni wisielcy, i tak planował zakończyć swoje życie, a owo drzewo mu to umożliwiło, ułatwiło i tego czynu dokonało.
Wiele jest rzeczy niewyjaśnionych, sekretów, które dalej spędzają sen z powiek ciekawskich. Należy jednak uważać. Ponoć ci, którzy zbyt mocno interesują się owym drzewem wisielców, prędzej czy później sami ozdabiają jego gałęzie, stając się częścią groteskowej kolekcji. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu czy diabła z czeluści, bo to może się skończyć naprawdę, naprawdę źle. Ostrożność to podstawa.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *