Wilk w owczej skórze, cz 5. Apogeum (zakończenie), creepy pasta.

Staliśmy na przeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Gdyby był tu ktoś postronny za pewnę wziąłby to wszystko za spotkanie kilku debili w środku nocy na terenie szpitala, gdzie możnaby takowych zgarnąć, jak garstkę jesiennych liści. Tak samo, dla postronnych, wszystko wyglądało normalnie, choć doskonale wiedzieliśmy, że tak nie było.
– Proszę, proszę! Rycerzyk i jego księżniczka. Normalnie, przemiłe spotkanko. – Zachichotała drwiąco Sara. Przyznam, dalej wzbudzała we mnie różne, emocje, gdy na nią patrzyłem. Niestety, wszystko psuły te wystawione kły, wyraz twarzy oraz, jak się okazało, podły charakter.
– A na przeciw nas smok do zgładzenia, tak to widzisz? – Zapytałem drwiąco nie wiedząc nawet, skąt miałem jeszcze siłę, a bardziej chęci na takie drwiny.
– Jeżeli zakładasz, że to smok pożre pechowego i jego pannę, wtedy, tak. – Odparła, dalej z tym samym, drwiącym uśmieszkiem.
– Oszukałaś mnie, i to perfidnie. – Powiedziałem, dalej spokojnie. Nie wiem czemu, ale nie czułem w sobie wściekłości, gniewu, a raczej obojętność i zrozumienie sytuacji.
– Nie ty pierwszy, nie ostatni, Radusiu malutki i głupiutki. – Odpowiedziała udając głos małej dziewczynki.
– Wiesz co, skończ już te gierki, bo nie mam na nie ani siły, ani czasu. Chcę spędzić miło dzień, a nie martwiąc się jakimiś głupotami. – Odezwała się Aria tak lodowato, że nawet ja zadrżałem. Owszem, potrafiła być ostra, ale nigdy nie widziałem jej aż tak naładowanej.
– Spędzisz niezapomniany dzień w piekle. – Obiecała jej wampirzyca, oblizując usta.
– Powiem ci, że nigdy nie myślałem, że będę miał okazję samemu sprawdzać, ile w mitach o wampirach jest prawdy. Ale skoro sytuacja tego wymaga, bo pewnie musimy ciebie jakoś teraz unieszkodliwić, co nie? – Zapytałem, na co odpowiedzią był tylko śmiech.
Nie wiedziałem, co zrobić. Chociaż zgrywałem wielkiego chojraka, w środku czułem strach przed tym, że nie wyjdę z tego cało. Gdzieś tam błąkała się też głupia nadzieja, że wszystko będzie dobrze, że to tylko zły sen. Wiedziałem jednak, że nie jest to film ani gra, no chyba, że życie nazwiemy wielką, rozbudowaną grą rpg, bez opcji zapisu i z jednym życiem. Wtedy, mogłem się zgodzić.
Wpatrywałem się w Sarę zmrużonymi oczami. Niestety, lub stety dalej pamiętałem moje tak, zauroczenie tą kobietą, chwile, które z nią spędzałem i całą resztę. Ale te pieprzone kły. Ciężko było teraz nie uwierzyć w to wszystko, co o niej muwili. Z resztą, sami pomyślcie, jakbyście się zachowali, gdybyście stanęli na przeciwko wampira z obnażonymi zębami i psychopatycznym uśmiechem. Mało tego krwiopijcy pewnego siebie oraz wiedzącego, że nad wszystkim panuje.
– To co, możemy już przejść do przyjemności? – Głos Sary wyrwał mnie z zamyślenia. Zauważyłem, że zbliżyła się w naszą stronę, ponownie oblizując kły.
– Spierdalaj. – Odpowiedziałem, gorączkowo myśląc, co zrobić? Możliwości wielu nie miałem, trzeba to przyznać. Zadzwonienie na policję? Brzmiało kusząco, ale pojawiał się problem mojej obecności na terenie szpitala, gdy ewidentnie nie miało mnie tam być. Zgrywanie pacjenta, który zabłądził w drodze do kibelka? Idiotyzm, i to totalny. Nikt w to nie uwierzy, i jeszcze odeślą mnie do psychiatryka. Walka na pięści jak w Mortal Kombat? Już jebać zasadę, że kobiet się nie bije. To by było totalnie nieefektywne. Czy wampiry przypadkiem nie są jakieś nadludzko silne, albo coś na ten styl? Po co ryzykować.
Teraz do piero zacząłem rozumieć, jak podstępny był jej plan. Tak prosty, tak wyważony, a jak skuteczny? Zgrywanie panny chętnej na zaloty, która coś do mnie czuje, albo dobrze czuje się w moim towarzystwie, choć oczywiście nie wykluczałem tego, że coś faktycznie w tym było. Przy okazji jednak, mogła wykożystać częściowo mnie w swoich planach, bo mógłbym jej dawać alibi, ślepo wierząc w każde słowo. Tak, przyznaję, jestem debilem, a ta sytuacja tylko mnie w tym utwierdziła.
Obecnie? Obecnie nie miałem praktycznie żadnych szans zwarzywszy na to, że za wsparcie miałem jedynie Arianę, której oczywiście nie uważałem za nic, ale wiedziałem, że Herkulesem, to ona nie jest. Z resztą, ja też nie. Żadnej broni, głównie tylko telefon. Gdyby to jeszcze była jakaś Nokia 3310, to może na broń by się nadawała. Ale teraz, te dotykowe holerstwa niszczą się od patrzenia, więc totalnie nie.
Hmm czy było coś o wampirach, że są podatne na srebro, słońce, czosnek? I skąd ja mam teraz to wszystko wziąć? Czosnku nie posiadałem, słońce, no cuż, w środku nocy raczej ciężko, natomiast srebro, hmm. Srebro. Czy przypadkiem?
W tedy w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Miałem przy sobie coś srebrnego, aczkolwiek było to głupie. Mianowicie portfel, a w nim dość sporą kupkę monet, pokupowanych na targach, wygrzebanych ze strychów, wiecie. Kolekcjonerki. Kilka z nich pochodziło z miejsc, które po prostu odwiedziłem, a że stoiska, na których wybijali takowe krążki były powszechne, często się skuszałem. Alicja często się ze mnie śmiała, że zbieram śmieci, ale, czy to teraz mogło by mnie uratować? Czy wampira można pokonać kolekcjonerską walutą? Czy moje lenistwo, przez które krążki nie trafiały do klaserów, czy bodaj segregatora mogło się teraz przydać? W końcu ile ludzi muwi o sile pieniądza.
Sara rzuciła się w moją stronę, otwierając szeroko usta tak, że widziałem jej uzębienie, bardzo zadbane z resztą, w całej okazałości. Szczęśliwie udało mi się uskoczyć na lewo tak, że wampirzyca prawie zaryła głową w płot, lecz wyhamowała i obróciła się z gracją, godną baletnicy. Zamierzyła się na mnie, lecz ponownie się uchyliłem, zaczynając wdrażać swój plan po woli, ale skutecznie.
– Serio, myślisz, że tak po prostu będziemy tutaj grzecznie stać, podczas gdy ty załatwisz nas, a potem pójdziesz do szpitala, by dosycić się pacjentami? – Zapytała drwiąco Aria, patrząc prosto w oczy Sary z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Zastanawiałem się, co ona kombinuje. Czy na prawdę myślała, że ma szansę, czy po prostu chciała kupić mi czas w nadzieji, że ja coś zrobię?
– Jaka ty jesteś głupiutka, śmiertelniczko. Ale, wy wszyscy tacy jesteście. Tak, po proszę was grzecznie do ustawienia się w kolejce, może jeszcze numerki wydam, a potem dam naklejkę dzielny pacjent? Dziewczyno, w jakim ty świecie żyjesz? – Odparła Sara drwiąco.
– Wiesz, jakoś nie wydaje mi się, by ci się udało nas tak o, złapać tutaj i zjeść. Po za tym, nie wyglądasz na grubasa, więc chyba nie gustujesz w posiłkach xxl? Nie to co Radzio, który potrafi zjeść kebaba olbrzyma na raz, hm? – Zapytała figlarnie dziewczyna, zbijając mnie z tropu. Oczywiście musiała sobie wziąć to poruwnanie do kebaba. Tak, lubię kebaby, przyznaję. Ale teraz nie wiedziałem, czy mam ją trzepnąć, czy zacząć się po prostu śmiać.
– Wiesz, nudzi mnie ta gadka. Po co przedłużasz nieuniknione, hm? Liczysz na to, że poczekamy tutaj całą noc, przyjdzie jakiś strażnik czy coś? No teraz raczej nikt nie przyjdzie, z wiadomych względów. – Wampirzyca po nownie oblizała kły językiem.
– Może czekam, a może robię coś innego? – Odpowiedziała Ariana, cicho przechodząc za jej plecy. Do piero teraz to zauważyłem. Rozmawiając, ona cały czas po woli, acz płynnie przesuwała się za plecy naszej oprawczyni tak, że obecnie mogła spokojnie patrzeć jej na kark.
– Wiem, że tam jesteś, złotko! – Oznajmiła spokojnie Sara odwracając się. Jej cios był bardzo szybki. Widziałem tylko rozmazaną smugę, po chwili usłyszałem głośne plask, a jeszcze po chwili Ariana leciała na twarz w trawę. Jeszcze po chwili jednak usłyszałem głośny, nieludzki wrzask i przez jakiś czas nie zdawałem sobie sprawy, co się dzieje. Do poiero po chwili zrozumiałem, o co chodziło.
Ariana tą rozmową może częściowo faktycznie kupowała mi czas, ale jej celem była prowokacja tak, by wampirzyca chwyciła przynentę. Zajście jej z za pleców miało służyć bardziej do ukrycia celu. Obecnie, Sara zataczała się, z srebrnym scyzorykiem wbitym w lewą łopatkę klnąca i parskająca. Z rany na około ostrza wyciekała krew, a moja códowna przyjaciółka gramoliła się z ziemi uwalana błotem, z twarzą czerwoną w miejscu trafienia, lecz to ona zdobyła punkt w tej grze.
– I co teraz, hm? – Zapytała spluwając i patrząc tak jak ja na Sarę.
Miałem ochotę zrobić dwie rzeczy w tej chwili. Śmiać się. Tak, po prostu wyć ze śmiechu. Wiecie, sami wyobraźcie sobie tę scenę. Dwoje bezradnych ludzi walczących z wampirem, który właśnie został trafiony, głupim, roskładanym nożykiem. Srebrnym, zgadza się, ale, dalej nożykiem, kupionym w sklepie z militariami. Po drugie, miałem ochotę podejść do Sary i wbić jej to ostrze jeszcze głębiej, najlepiej, żeby przebiło ciało na wylot, choć było na to oczywiście zbyt krudkie.
Co do noża jeszcze, cuż. Pamiętałem, że Aria zawsze nosiła go przy sobie tak, ot, dla samoobrony. Kupił go jej ojciec na osiemnaste urodziny, całkiem ciekawa historia to była, ale jak widać, w końcu przydał się do czegoś więcej, niż strugania patyków w czasie nudy, czy obierania ziemniaków. No co, myślicie, że na camping zabieraliśmy ze sobą cały dom? Liczy się minimalizm.
Z innej strony, to był chyba najgłupszy i najbardziej apsurdalny paradoks ostatnich lat. Używanie składanego noża do wszystkiego przeciw, hmm, wampirzycy? Która, swoją drogą, nawet nie powinna istnieć! Stojąca jednak przed nami, albo może inaczej, znajdująca się tutaj istota dokładnie przeczyła tym założeniom niemal drwiąc sobie z nich wszystkich.
Patrzyłem teraz na Sarę, klnącą na czym świat stoi. Prubowała dosięgnąć noża ręką, by go po prostu wyszarpać, ale najwidoczniej dźgnięcie coś jej uszkodziło, bo za każdym razem, gdy sięgała, krzywiła się, syczała z bólu i cofała dłoń. W końcu przestała i tylko stała, patrząc na nas, z nożem dalej wbitym w ciało.
– I co teraz, he? – Zapytała drwiąco moja przyjaciółka, patrząc wyzywająco na wampirzycę. – Głupi, srebrny nożyk to dla ciebie za dużo? Czyszby legendy mówiły prawdę, że srebro jest dobre na wampiry? A co z czosnkiem, osinowymi kołkami, czy światłem? –
– Nic nie rozumiesz, głupia śmiertelniczko. – Wysyczała Sara przez zaciśnięte zemby. – To tylko mała przeszkoda, ale w końcu się jej pozbędę. A ty będziesz cierpieć, ojj kurewsko cierpieć. Będę ciebie smakowała raz za razem, dzień w dzień, aż spuszcze ostatnie soki. Może nawet będę ciebie dokarmiać, dla przyjemności? Hmmm. – Podniosła ręce, najpewniej by się wyciągnąć, ale od razu krzyknęła z bólu i je opuściła. Więcej zaś posoki wyciekło z jej rany.
– Wiesz co? – Odezwałem się w końcu. – Wydaje mi się, że dziś, to będzie twój jebany koniec. Chciałaś mi mydlić oczy. Zrobić ze mnie swoje alibi i nie wiem, co jeszcze, ale szczerze, mam w to wyjebane. Coś jednak z tym jest, że kobieta zawsze przynosi problem. – Spojżałem szybko na Arianę, po której ustach błąkał się uśmieszek, choć jej mina mówiła uważaj, bo inaczej sobie porozmawiamy. Widziałem jednak, że bardziej ją to bawi, niż denerwuje.
– Myślałaś, że co? Będziemy się trzęśli jak galareta, narobimy w majty, a ty spokojnie sobie wypijesz naszą krew, a potem wejdziesz do szpitala? No to powiem ci, że niestety, ale chuj z tego. –
Podszedłem bliżej, dalej patrząc jej w oczy. Nie odwracała wzroku pozwalając na tę niewerbalną walkę, której nikt nie chciał przegrać.
– Dobra, dość tego! – Syknęła, błyskawicznie skręcając ciało. Mimowolnie się odchyliłem, ale ja nie byłem jej celem. W jednej chwili Sara stała, w drugiej zaś leżała już na ziemi i do słownie się w niej tażała.
Z osłupieniem patrzyłem, jak dziewczyna obraca się na drodze, prubując w ten sposób pozbyć się scyzoryka z pleców. Początkowo uważałem, że tylko wbije go sobie głębiej, i częściowo tak było. Ale w końcu jednak, choć widziałem, że sprawia jej to kurewski ból, wyszarpała go z siebie opierając się o ogrodzenie. Następnie splunęła i rzuciła nóż w trawę.
– No, i po problemie. – Mruknęła zadowolona rzucając się na mnie.
Teraz, cała sytuacja przerodziła się w coś w rodzaju amatorskich zapasów Sumo, tylko że ani ja, ani ona nie mieliśmy nawet odpowiednich figór do takiej dyscypliny sportowej. Tażaliśmy się po ziemi. Ona prubowała mnie obezwładnić i wbić kły w szyję, ja natomiast starałem się trzymać ją na dystans. W końcu, zupełnym przypadkiem, moje kolano trafiło ją idealnie w tchawicę. Z sykiem wypuściła z siebie powietrze, jak przebity balon, po czym opadła bezwładnie na ziemię tak, że jej kark trafił na sztachetę. Z dość głośnym hukiem Sara upadła na ziemię nieprzytomna, z wyrazem zdziwienia i wściekłości na twarzy.
– Hmmm, chyba ją ogłuszyłem? – Powiedziałem głupio, patrząc na bezwładne ciało leżące na wprost. Teraz, to nie była nawet taka przerażająca. Oczywiście dalej te kły gdzieś tam były widoczne, niemniej jednak. Zastanawiałem się co powinienem począć z poskromioną wampirzycą. Związać? Tylko czym. Trawą, czy tymi sztachetami? No niee. Niby, jak? Zadzwonić na 112 i powiedzieć, że mamy tu wampira? Jeszcze mnie wyśmieją i zamkną w ośrodku bez klamek. Zabrć ze sobą, i co. Uwięzić, zostawić gdzieś? Nieee. Pomysły kończyły się, a czas uciekał. Pewnie jeszcze trochę, a lala znów się na mnie rzuci, rozpoczynając rundę drugą.
– Radek? – Z rozmyślań wyrwał mnie głos przyjaciółki. Spojżałem w jej kierunku. Dziewczyna trzymała w ręce ubabrany w krwi scyzoryk. No tak! Jak mogłem o nim zapomnieć?
– Co teraz z nią zrobimy? – Zapytała Aria patrząc na leżącą Sarę z wyrazem twarzy, który ciężko było mi jednoznacznie określić. Trochę strachu, trochę gniewu, niedowierzania, nadzieji.
– Szczerze? Nie mam kurwa pojęcia. Ale wiem, że nie możemy jej tak po prostu zostawić. – Odpowiedziałem po dłuższej chwili. I żeczywiście, w głowie miałem totalną pustkę. Początkowo wszystko wydawało się nawet stosunkowo proste. Przyjechać, uspokoić, odjechać. Lecz teraz, nie miałem pojęcia, jak pozbyć się problemu. Najrozsądniejsze wydawały się dwie opcje, bo oczywiście zostawienie jej tutaj w grę nie wchodziło.
Plan pierwszy zakładał poinformowanie jakichś służb specjalnych. Kogokolwiek, kto mógłby tutaj przyjechać, zabrać śpiącą królewnę, i cyk. Miało to jednak poważne problemy i luki, a pierwszą rzeczą nie do przeskoczenia był pewien malutki, drobniutki fakt. Nie znałem nikogo, kto by nam po prostu uwierzył w zchwytanie prawdziwego wampira. Najprędzej wylądowali byśmy w białym pokoiku o miękkich ścianach, a przyznam, że jeszcze miałem plany na życie. I to całkiem duże, wszak stary nie byłem.
Drugi plan, cięższy, i o wiele bardziej ryzykowny, ale przede wszystkim sensowny zakładał pozbycie się problemu, czyli uśmiercenie potworzycy. Przyznam szczerze, mdliło mnie na myśl o zabijaniu kogokolwiek. Owszem, kiedyś chciałem być żołnierzem i walczyć za chwałę ojczyzny, ale kiedy zostajesz postawiony przed faktem dokonanym, sytuacja diametralnie się zmienia. Gdy czeka ciebie poważny, pełen w skutki wybór zastygasz oczekując na cód. Wiedziałem jednak, że takowy teraz zwyczajnie nie ma prawa się wydarzyć. Bo co też mogło by nim być? Łowcy potworów, zastępy anielskie? Nie było to możliwe.
Wracając do mojego problemu, brzydziło i odpychało mnie bardzo to, co mogłem, i co powinienem też zrobić. To nie było machnięcie ręką i zabicie głupiej, spacerującej po nas muchy, albo trzepnięcie komara packą na owady. Była to rzecz wszak o wiele, wiele poważniejsza. Gdybym ją zabił za pewnę czuł bym, że postąpiłem właściwie, że uratowałem wiele istnień, lecz patrząc na nią widzę nie tylko potwora, ale też kobietę. Istotę ludzką. I tu tkwiło sedno problemu.
Wiedziałem jednak, że w zasadzie nie mam wyboru. Albo my, albo ona. Nie chciałem też, by takie brzemię spadło na Arianę, która mogła by sobie poradzić z nim gożej, niż ja. Dlatego też podszedłem do niej po woli i wyciągnąłem rękę po ostrze, które trzymała w drżących palcach.
– Daj mi to. – Poprosiłem cicho, patrząc prosto w jej oczy.
Drgnęła lekko, ale nie odwróciła głowy. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, lecz kątem oka dostrzegłem, że Sara zaczyna się poruszać. Przyjaciółka też ewidentnie to dostrzegła, bo wyciągnęła dłoń w moją stronę.
– Nie, nie zrób nic głupiego, proszę. – Powiedziała. Wyczułem w jej głosie tony nnapięcia i strachu. Była odważna, często i brawurowa. Ale wszystko, jak i wszyscy ma swoje granice. A obecna sytuacja po woli wykraczała po za jej granice.
– Wiesz, co chcę zrobić, prawda? Zapytałem, na co dziewczyna lekko skinęła głową. Wziąłem od niej scyzoryk, po czym skierowałem się w stronę leżącej wampirzycy, która zaczęła się już podnosić.
– I co ludziki, porozmawialiście sobie już przed śmiercią? Chociaż przyznam, tego się nie spodziewałam, Radziu. Ale teraz wybaczysz, ale wiesz. To nic realnie osobistego. Najpierw chyba jednak wypiję ciebie za to, co mi zrobiłeś. Kurwa, ty wiesz, jak takie guzy irytują? – Zapytała drwiąco, po woli prostując się.
– Nie, to ty mnie posłuchaj. – Odpowiedziałem patrząc na nią twardo. Już więcej cierpienia nie wyrządzisz. Zdychaj, suko, i gnij w piekle. Tyle ci powiem. Przyznam, omotałaś mnie, podobałaś mi się. Ale wiesz może, co jest silniejsze od miłości? Czysta nienawiść i chęć zemsty. – Powiedziałem, cedząc słowa przez zęby.
Zaśmiała się, odrzucając głowę do tyłu. – Nie ośmielisz się, człowieczku! – Prychnęła, otwierając usta. Ja już nie czekałem. Jednym, płynnym ruchem złapałem ją za przegub lewej ręki, a prawą, wyposażoną w srebrne narzędzie, zagłębiłem w jej klatce piersiowej niemal z zamkniętymi oczami, by nie patrzeć na to, co się za chwilę stanie.
Choć nie widziałem buchającej z rany, czerwonej cieczy, to ją poczułem. Zarówno nosem, gdysz tak ostrego, drażniącego, metalicznego zapachu nie da się nie wyczuć, tak samo uszami przez obrzydliwy dźwięk, jaki wydało ostrze zagłębiające się w ciało, przez wrzask, który dobył się z gardła potworzycy. Był on do prawdy nieludzki, rozdzierający i na prawdę straszny. Wiem, że komuś, kto to tylko czyta pewnie tak się nie wydaje, ale uwierzcie mi, nie chcieli byście znaleść się w tej sytuacji, w której teraz ja byłem. Choć z boku brzmi to po prostu na obrzydliwe gore, było do prawdy okropne.
Sara po chwili upadła, wijąc się pod moimi stopami jak robak, albo wąż pozbawiony głowy. Jej gorąca krew bryzgała na mnie z rany, oblewając dokładnie jak makabryczny prysznic. Tego z kolei było już zbyt wiele dla mojego żołądka, który postanowił się zbuntować. Fala wymiocin zmieszała się ze strumieniem czerwieni, oblewając drgającą wampirzycę, aż w końcu znieruchomiała.
Przez kolejne kilka chwil po prostu stałem w jednej pozycji, zaciskając powieki. W końcu jednak otworzyłem oczy, przez co jeszcze raz zwymiotowałem, tym razem tylko żółcią. Widocznie żołądek nie miał już innej amunicji. Palący kwas wylał się z moich ust, a z oczu popłynęły łzy na widok leżącej na ziemi dziewczyny, do której zacząłem czuć coś więcej. Dziewczyny, która okazała się rządną krwi istotą, oraz dziewczyny, w której piersi tkwił teraz srebrny nóż. Nóż, który JA tam wbiłem, bo musiałem.
Następnych chwil nie pamiętam zbyt dobrze. Tylko tyle, że upadłem na ziemię szlochając, a wręcz zawodząc obok truchła, brudząc się w krwi i własnych żygowinach. Pamiętam, że ktoś delikatnie odciągnął mnie z tamtąd, wycierając tyle wydzielin, ile się dało. Dwie, ciepłe dłonie osoby, która odwarzyła się tu przyjść ze mną, a raczej za mną, troszcząc się o moje bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo, na które sam miałem częściowo wyjebane, a ona gotowa była poświęcić swoje, byle tylko mi pomóc.
Przyznam wam szczerze, spaliliśmy zwłoki. Nie było innego, sensownego pomysłu na to, jak się ich pozbyć, a to też nie było łatwe. W końcu po prostu udaliśmy się do auta Arii, z którego odlaliśmy benzynę do dwólitrowej butelki po Pepsi. Tak, kolejny absurd, ale co tam, chyba niewystarczająco wiele ich już było w ciągu ostatnich tygodni.
Oblane ciało szybko się zapaliło, zmieniając w kupkę popiołów. Tą już bez trudu udało się zabrać i spuścić w kiblu. Tak, Ariana poszła z pełnymi garściami tego gówna na najbliższą stację benzynową, która była w nocy czynna, by się tego pozbyć. Na szczęście odległość od szpitala była stosunkowo niewielka. Przyjaciółka kupiła tam też kilka butelek wody, bym mógł jakkolwiek się obmyć, ponieważ w takim stanie nie mogłem się nigdzie pokazywać. Następnie pojechaliśmy do mnie, biorąc jej auto na hol. Dobrze, że nosiłem linkę w bagażniku.
Nie wiem kiedy, i jak, po prostu zasnąłem. Po prostu przyjechaliśmy, a ja położyłem się do łóżka. Wstałem po czternastej dalej rozbity po tym, co stało się w nocy. Nie dawało mi spokoju to, jakim códem na terenie szpitala nie pojawili się żadni ochroniarze, czy policja. Obstawiam jednak, że po prostu też sobie spali, co, jak wiemy, jest częstą praktyką w naszym pięknym kraju.
Przyznam to szczerze. Przez kolejne godziny byłem w prost rozbity. Ciągle widziałem w myślach tamtą scenę. Gdy wbijałem jej ten jebany nóż w serce. Gdy patrzyła na mnie z wyrazem bólu i zaskoczenia, gdy już wiła się w konwulsjach. Ciągle czułem lecącą na siebie, gorącą krew buchającą z siłą gejzeru. I nie potrafiłem tego z siebie wyrzucić.
Wieczorem w końcu miałem na tyle siły, by zadzwonić do Alicji. Odebrała gdzieś po trzecim sygnale.
– Halo? – Odezwała się spokojnie, niemal radośnie.
– Miałaś rację. Kurwa, miałyście rację. – Odpowiedziałem ciężko, czując smak żółci.
– Co masz na myśli? – – Byłem w szpitalu. Wiesz. W nocy. Chciałem sprawdzić. Później okazało się, że wiesz kto mnie, można powiedzieć śledził. A później, później, – Mój głos się załamał, ale opowiedziałem jej wszystko, co się zdarzyło w tamtym czasie.
Przez długą chwilę panowała cisza, w trakcie której czułem tylko pulsowanie krwi w uszach i oddech siostry w słuchawce.
– O kurwa. – Odezwała się po dłuższej chwili.
– Słuchaj, musiałeś to zrobić. I wiesz co? Jestem z ciebie kurewsko, mocno dumna. W końcu pokazałeś, kto ma rozum, a kto jest skurwielem, tak? –
– Niby tak, ale, teraz, teraz nie mogę pozbyć się z pamięci tych obrazów. Wiesz. Ciągle, gdy zamykam oczy, widzę jej ciało. Słyszę to mlaszczące bulgotanie zagłębiającego się w ciele ostrza. Po prostu, – Zawiesiłem głos.
– Wiem. Jutro przyjadę. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. –
– Dzięki siostra. – Odpowiedziałem czując lekką ulgę.
Przyznam, że tej nocy nie mogłem zasnąć. Ariana była ze mną w domu przez cały dzień. Choć kazałem jej wracać do siebie, nie słuchała i była w tym kurewsko stanowcza. Z resztą, sama zmagała się ze wspomnieniami, choć nie czuła aż tyle tego, co ja. To zrozumiałe, bo to jednak JA zadałem ten cios ostateczny, i to JA miałem krew Sary, wampira, na rękach. Muszę to jednak powiedzieć, że przez ten cały dzień jej wsparcie okazało się praktycznie nieocenione. Nie wracała do tego. Zamiast prubowała rozmawiać, zajmowała się jakimś tam jedzeniem, nie umiem tego opisać, ale doceniłem przyjaźń i zrozumiałem stare, polskie powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
W ciągu następnych dni zacząłem dochodzić do siebie. Wiedziałem jednak, że nigdy nie wymażę z głowy tego, co zaszło tamtej pamiętnej nocy, choć obrazy bledły i nie pokazywały się już tak często w nocnych wizjach. Z czasem mogę powiedzieć, że dawały o sobie zapomnieć.
Jeśli natomiast zapytacie, jak potoczyła się moja dalsza historia? No cuż. Następne dni spędzałem w towarzystwie najbliższych mi osób. Alicji, Wojtka, oraz oczywiście Arii. Przy nich czułem, że nie jestem mordercą, a zrobiłem coś, co zrobić po prostu musiałem. Że ten ruch uratował wiele ludzkich istnień, które potworzyca mogła po prostu wyssać, jak sos z chleba.
Czasem jednak zastanawiało mnie, czy nie była ona na swój sposób, normalna? Wiecie. Ludzie jedzą rużne zwierzęta. Krowy, świnie, kurczaki, lwy, tygrysy czy psy też jedzą mięso. Czy w takim razie istota, żywiąca się krwią, nie była po prostu kolejną niszą ekologiczną w tym wszystkim?
Z czasem jednak zrozumiałem, że może i była, lecz ona ewidentnie lubiła bawić się ofiarami i nadużywać potrzeb. Bo tam, gdzie kot pożera ptaka, to raczej nie trzyma go godzinami dla zabawy, a go pożera, bo musi. A ona nawet, jeśli musiała pić krew, mogła to robić inaczej. Nie twierdzę, że byłem jakimś piepszonym bohaterem, lecz po prostu tak być musiało.
Obecnie minął rok od tamtych pamiętnych zdarzeń. Teraz miałem na tyle sił, by usiąść i spisać to wszystko na spokojnie, bez wywoływania koszmarów i wspomnień. Ty, czytelniku za pewnę uznasz to za kolejną straszną historyjkę, których w sieci jest pełno. Może jedną z lepszych, ciekawszych, nie interesuje mnie to. Ja wiem, że jest to po prostu historia z mego życia wzięta, i nie będę zaświadczać, albo zażekać się na temat jej prawdziwości. Nawet lepiej, jeśli nie uwierzycie, bo nie będziecie mnie męczyć pytaniami, czy prośbami o zdjęcia, których i tak nie mam, ale się ubezpieczam.
W tym wszystkim jest jednak jeszcze jedna, dobra rzecz. Niedługo po całej tej akcji, zaczęliśmy się realnie zbliżać ze sobą z Arianą. I wiecie co? Od dziesięciu miesięcy mam dziewczynę. Tylko teraz wiem, że jest to osoba, którjej mogę zaufać, i która skoczy za mną w ogień, z wzajemnością. Osoba, która nie wbije mi noża w plecy w najgorszym możliwym momencie. A gdyby jednak miała to zrobić, to jebać ten cały świat. W tedy to na prawdę okaże się, że jest on po prostu chuja wart.
Lecz nie wierzę w to głównie z jednego, prostego powodu. Przeżyła najgorsze chwile mojego życia ze mną, a takie coś, raczej zbliża, niż oddala ludzi. I zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może brać końcówkę tej historii jako kolejny happy end, związek z przypadku, czy paradokument. Ale, to też mam głęboko w dupie. Myślcie sobie co chcecie. Nie mnie was oceniać, i odwrotnie. Zajmijcie się po prostu swoim życiem i miejcie nadzieję, że wam podobna historia po prostu się nie przydarzy. Albo nawet jeszcze gorsza. Po za tym, jeśli wedłóg was happy end to świadomość jednak w jakimś stopniu zabicia kogoś, to, jesteście na prawdę pojebani.
Tu kończą się moje zapiski. Nie będę tego sztucznie przedłużać, za tem, dzięki za przeczytanie, i trzymajcie się. Doceniajcie też najbliższych i ich od siebie nie odpychajcie. Nigdy nie wiecie, kiedy potrzebna wam będzie pomoc prawdziwego przyjaciela. A przyjaciół poznaje się w najgorszej, najpaskudniejszej biedzie.

2 komentarze

  1. Nie tylko ty mi to gadosz. Chcę teraz podokańczać to, co mam, a najlepsze wysłać do mystery tv na lektorkę. Może w przyszłym roku creepy wyzwanie?

  2. Szczerze to totalnie zapomniałam o nominacji i w sumie warto było czekać. Ciężko mi teraz coś sensownego napisać, nawet palce latają po klawiaturze jak chcą, ale masz chłopie talent.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *